Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 202 816 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie
Przekaż swój 1 % podatku! darmowy hosting obrazków

Zdjęcia w galeriach.


O Józefie Pławskim.

sobota, 21 lutego 2015 21:06

W związku z tym, że otrzymałem sporej wielkości materiał o wyjątkowej postaci, czyli o ogniomistrzu Józefie Pławskim, postanowiłem zająć się tą postacią.

Może za Wikipedią, przedstawię sylwetkę naszego bohatera:

Józef Pławski (ur. 20 lutego 1904 roku w Glebowcach, zm. 31 marca 1945 roku w Castro Caro (Włochy)) – ogniomistrz (staff-sergeant).

Urodził się w dniu 20 lutego 1904 roku w rodzinie Józefa i Zofii (z d. Leśkiewicz). Miał dwoje rodzeństwa: siostrę Marię i brata Feliksa. W latach 1920-1927 uczęszczał do Państwowego Gimnazjum Koedukacyjnego im. Hetmana Karola Chodkiewicza w Lidzie. W ramach nauki w Gimnazjum, w latach 1925-1927 uczęszczał do Hufca Szkolnego prowadzonego przez Dowództwo Rejonu Przysposobienia Wojskowego 77 Pułku Piechoty. W okresie 1 grudnia 1927 - 9 marca 1928 uczęszczał do Szkoły Podoficerskiej Samodzielnego Dyonu Artylerii Przeciwlotniczej Nr 3, którą ukończył z wynikiem celującym (lok. 1/22) i otrzymał nominację na stopień kaprala. Począwszy od 1 listopada 1929 pracował w Zarządzie Gminnym w Wasiliszkach (pow. Szczuczyn), a następnie w Zarządzie Gminnym w Szczuczynie na stanowisku drogomistrza. Decyzją Prezesa Rady Ministrów Sławoja Składkowskiego, z dnia 30 sierpnia 1938 roku, został odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi. W dniu 5 stycznia 1939 roku został powołany na stanowisko Komendanta Koła Związku Rezerwistów w Szczuczynie.

W dniu 18 listopada 1939 roku Józef Pławski poślubił Leonardę Jagielnicką (córkę Józefa i Heleny z d. Skobejko). Ze związku tego narodziła się córka Zofia (ur. 11 października 1940 roku).

Po wkroczeniu armii sowieckiej na terytorium Polski, został aresztowany w dniu 23 marca 1940 za działalność w polskim Związku Rezerwistów i wyrokiem z dnia 25 listopada 1940 roku (Приговорен: ОСО 25 ноября 1940 Đł., Ойв.: 74 УК БССР) skazany na 8 lat poprawczego obozu pracy (obozu pracy przymusowej). Zesłany na Syberię do miasta Iwdiel (obwód świerdłowski) - ponad 3 000 km od domu rodzinnego. Do obozu przybył w dniu 24 kwietnia 1941 roku. Na mocy zawartego w dniu 30 lipca 1941 roku układu Sikorski-Majski i tzw. amnestii dla obywateli polskich z Rzeczypospolitej: zesłanych, uwięzionych w więzieniach śledczych NKWD i deportowanych do obozów koncentracyjnych, w dniu 29 sierpnia 1941 roku został zwolniony z obozu pracy przymusowej. Rehabilitowany 26 kwietnia 1989 roku przez Prokuratora Obwodu grodzieńskiego.

Po kolejnej bardzo długiej wędrówce (ponad 3.500km), dotarł do Dżalalabadu (Kirgistan), gdzie w dniu 24 lipca 1942 roku został przyjęty w szeregi Armii Andersa formowanej w Kirgistanie, z przydziałem do 5 Dyonu Artylerii Przeciwlotniczej, wchodzącego w skład 5 Kresowej Dywizji Piechoty. Razem z Armią Andersa przeszedł cały szlak bojowy, począwszy od ewakuacji z terenów ZSRR, przegrupowanie przez Iran do Iraku. Brał udział w formowaniu 5 Kresowej Dywizji Piechoty, w przegrupowaniu oddziałów do Palestyny, do Egiptu oraz na półwysep Apeniński. Brał udział we wszystkich działaniach 5KDP na terenie Włoch, w tym w walkach pod Monte Cassino. Józef Pławski zginął w wypadku motocyklowo-samochodowym w dniu 31 marca 1945 roku w okolicach Castro Caro (prowincja Forli) i został pochowany na kwaterze polskiej cmentarza w Castro Caro. Po wojnie szczątki Józefa Pławskiego zostały przeniesione na Polski Cmentarz Wojenny w Bolonii-San Lazzaro di Savena (Włochy).

 

Teksty i materiały dotyczące Józefa Pławskiego dostarczył mi pan Mariusz Zejdler, wnuk Józefa Pławskiego, za co mu w tym miejscu serdecznie dziękuję.

 

 

image008.jpgimage010.jpg

Józef Pławski był komendantem Związku Rezerwistów. Został za to skazany przez sowietów na 8 lat obozu pracy w ITŁ w Iwdielu w swierdłowskiej obłasti.

 

 

 

image004.jpg

 

image006.jpg

 

Oto dwa grypsy więzienne przesłane przez Józefa:

 image011.jpg

image028.jpg

Kilka ciekawych zdjęć z okresu, gdy był w Armii gen.Andersa

image033.jpgimage031.jpgimage030.jpgimage029.jpgimage032.jpg

Żoną Józefa Pławskiego była Leonarda Jagilnicka, oto jej dowód osobisty z 1934 roku:

image035.jpg

 

 Pełny tekst artykułu o Józefie Pławskim zamieściłem na mojej stronie o rodzinie Pławskich- http://familyplawski.ubf.pl/readarticle.php?article_id=11

Zapraszam do lektury!

 


Podziel się
oceń
2
0

Skomentuj ten artykuł (8) | dodaj komentarz

Pławscy w Rosji.

wtorek, 27 stycznia 2015 23:02

Otrzymałem sporej wielkości materiał na temat rodzin Pławskich z głębi Rosji, np. z Omska. oto kilka takich zapisów.

Edward Pławski, urodzony prawdopodobnie około 1870-1880 roku
Jego zona- Anna Starikowa
ich dzieci:
Pławska Jadwiga ur. 10.10.1905,w Omsku
Pławski Włodzimierz,  ur.17.05.1912 w Omsku
Pławska Adelajda, ur. w 1912 roku w  Omsku ,zm. w 1929 w Szanghaju .

Kolejne materiały już wkrótce!


Podziel się
oceń
0
0

Skomentuj ten artykuł (6) | dodaj komentarz

Przodkowie i rodzina Iriny Pławskiej.

piątek, 14 lutego 2014 21:49

 

Oto co pisze o swojej rodzinie moja krewniaczka z Baranowicz na Białorusi- Irina Pławska:

Pławski Ignacy, syn Ignacego, 1867 – 1930, on z żoną żyli we wsi Szczerbowo w lachowickim rejonie, pochowani na cmentarzu w Szczerbowie.
Mieli dwóch synów-
- Iwan ( Jan) Pławski, dat nie znam, on był starszy, wiosną pojadę na cmentarz i zobaczę. Jan miał dzieci:
-Anatolij, mieszkał w Doniecku na Ukrainie, umarł
- Ignat ( Ignacy), mieszkał w Ostrowie w lachowickim rejonie, umarł i tam pochowany
- Wiera, żyje we wsi Małysze w lachowickim rejonie
Józef Pławski syn Ignacego, ur. 05 maja 1910 roku, zmarł 09 stycznia 1991 roku, mój dziadek i ojciec mojego ojca.
Pławska Jekaterina córka Michała 06. 12. 1913 - 28. 01. 1986, jego żona i moja babcia, mama mojego ojca
pochowani na cmentarzu w Szczerbowie.
Dzieci Józefa:
- Pławski Michaił ur. 31 marca 1939 roku, mieszka w Baranowiczach
-Pławski Józef, ur. 14 marca 1941 roku, mój ojciec, także mieszka w Baranowiczach
-Pławska Maria, ur. 1946 r., zmarła w kwietniu 2002 roku, pochowana w Juszkowiczach w rejonie baranowickim
-Pławski Władymir, ur. 1951 r., mieszka w Lachowiczach, znam go z Odnoklassnikow
Dzieci Michaiła:
Aleksander, ur. 1967 r. w Baranowiczach
Władymir ur 1971 r. w Baranowiczach
Dzieci Józefa:
Irina ur. 1972 r. - to ja, ur. w Baranowiczach
Dzieci Marii:
Lilia i Walery urodzeni w Baranowiczach
Dzieci Władymira:
Aleksiej i Andriej, to moi kuzyni.




Podziel się
oceń
0
0

Skomentuj ten artykuł (8) | dodaj komentarz

Moja nowa strona- zapraszam!

wtorek, 12 listopada 2013 23:58

Polecam wszystkim moją nową stronę- kompendium dziedzin i zainteresowań, które pochłaniają mnie w ostatnim czasie- www.kalejdoskop.ucoz.pl

Naturalnie, prosiłbym Was o pierwsze wrażenia i opinie.


Podziel się
oceń
1
0

Skomentuj ten artykuł (6) | dodaj komentarz

O historii Nowej Myszy.

niedziela, 03 listopada 2013 19:04

Kiedyś pisałem, że parafią dla Strzałowa, rodzinnej wsi mojego ojca była Nowa Mysz. Tak było do lat 30-tych XX wieku, kiedy to Strzałowo przeniesiono na mocy reformy administracji kościelnej do Nowosadów.

Oto ciekawy materiał napisany na podstawie artykułu p. Aliny Jaroszewicz w piśmie " Echa Polesia".

 

NOWA MYSZ I JEJ MIESZKAŃCY
 
   „Nowa Mysz i Stara Mysz to dwa miasteczka, jedno niedaleko drugiego, leżące nad rzeką Myszanką. Do XVI wieku była to własność Korony, w roku zaś 1568 król Zygmunt August nadał te dobra hrabiemu Janowi Hieronimowi Chodkiewiczowi w nagrodę za zasługi wojenne. Chodkiewiczowie mając oprócz tego obszerne dobra, dbali o dobrobyt swych poddanych.  Spotykamy też tu szkoły przez nich fundowane. W późniejszych czasach Nowa Mysz przechodzi w ręce Sieniawskich, Massalskich, Judyckich i Niesiołowskich. Ongi był tu zamek warowny Chodkiewiczów, lecz podczas wojen kozackich miasto i zamek uległy zniszczeniu i miasto nie podniosło się już więcej. Miejscowość została całkowicie spalona podczas wojny z Moskwą, rozpoczętej w 1654 roku. Po odbudowie w 2 połowie XVII wieku założono tu klasztor jezuitów. Mikołaj Judycki, kasztelan nowogródzki w roku 1660 sprowadził tutaj jezuitów, lecz dzisiaj z tej fundacji i klasztoru śladów nie pozostało. Stara Mysz była jako dobra połączona z Nową Myszą i dzieliła te same losy. Leżą te dwie mieściny w miejscowości bezleśnej. Gleba tu nadzwyczaj urodzajna, dlatego też lud zajmuje się tylko rolnictwem. Parafia to jednolita, zamieszkała tylko przez katolików, lud bardzo pobożny i do kościoła przywiązany. Musimy zwrócić uwagę na zjawisko, niestety, na Białej Rusi nie bardzo często spotykane, a mianowicie na ładny śpiew w kościele. Pozostały też nietknięte inne tradycje: np. na Nowy rok chodzą po miasteczkach i wsiach kolędujący z gwiazdką i zachowała się też tradycja snopka. Dziwnie miłe wrażenie robi miasteczko w noc na Nowy Rok. Cała mieścina błyszczy od gwiazdeczek świecących, spotykamy dziesiątki ogni na ulicach, a śpiew kolędy nie ustaje. Od domu do domu chodzą z gwiazdą chłopcy i dziewczęta, a nawet tworzą się partje i z pośród starszych. Parafia liczyła 5000 wiernych. Kościół pierwotny z drzewa wystawił w roku 1641 podkanclerzy Wielkiego Księstwa Litewskiego, Kazimierz Lew Sapieha, a po spaleniu tego kościoła, potomek księcia Sapiehy wymurował kościół w roku 1825 pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego. Kościół nieduży, ma 4 ołtarze, wewnątrz podobny do kościołów wileńskich. Wielki ołtarz był przywieziony od pp Bernardynek z Nieświeża. Do parafji należą kaplice: Nowa Mysz (na cmentarzu), Łochozwa, Nowosadki, Paulinów.”
 
   Tak pisano o Nowej Myszy w przedwojennym Biuletynie Archidiecezji Mińskiej na temat parafii Dekanatu Nowogródzkiego. Z różnych źródeł dowiadujemy się o tym, że Nowa Mysz – to wyjątkowe miasteczko, zamieszkałe przez ludzi, dla których wiara ojców i wierność tradycjom była normą życia. „Myszanie – to twardzi katolicy” – mawiano od wieków w okolicach. I nawet długi okres sowieckiej bezbożności tej sytuacji prawie nie zmienił.

   W Nowej Myszy dzwony zawsze biły na Anioł Pański trzy razy dziennie, by mieszkańcy pamiętali o zmarłych, wspierali ich – i oni się modlili, starzy i mali, podczas pracy na roli czy w ogrodzie, odmawiając modlitwy całymi rodzinami. Michalina Pieluszkiewicz, babcia Marii Okołotowicz, opowiadała kiedyś o zwyczaju Myszan, który w niektórych rodzinach obowiązuje do dziś: na wiosnę trzeba najpierw uporządkować groby, a dopiero potem wolno zaczynać prace rolne i ogrodowe. W Nowej Myszy przetrwała też piękna staropolska tradycja specjalnych śpiewów pogrzebowych. Pozostały tu stare, przepisywane ręcznie z pokolenia na pokolenia pieśni pogrzebowe, które wykonuje kilkuosobowy zespół, najczęściej są to osoby z chóru kościelnego. Na pogrzeby są zapraszani do Baranowicz, sąsiednich miejscowości. Piękne starodawne pieśni pożegnalne naszych przodków, wspólne modlitwy sprawiają, że pogrzeb staje się majestatycznym misterium. Ta tradycja już praktycznie zanikła w Polsce, ale pozostała gdzieniegdzie na Kresach. Marzeniem naszym jest, by ta tradycja przetrwała, choć to wydaje się być mało osiągalne w czasach globalizacji i kultury masowej, ale możliwe, jeśli zechcą przejąć ten ster dzieci i wnuki. Mamy zamiar nagrać te pieśni i ocyfrować teksty, by to zostało i przetrwało.
   Mieszkańcy Nowej Myszy zaczynają i kończą każdy dzień modlitwą. Wychodząc w pole na wiosnę, najpierw kropili nasiona wodą święconą i czynili znak krzyża. Od dawnych czasów słynął na Ziemi Nowogródzkiej chór kościelny, który w latach 30-ch koncertował w samej Warszawie. Obecny chór kościelny również prezentuje wysoki poziom, występował w Brześciu, na licznych odpustach i festynach. Wielu mieszkańców jest utalentowanych muzycznie, są też swoje poetki: Wacława Turcewicz, zasłużona dla kultury regionu i I rena Soplica. Pani Irena przez wiele lat prowadziła w Nowej Myszy polską bibliotekę, była oddana bez reszty tej szlachetnej sprawie.
   Mieszkańcy Nowej Myszy są niezwykle zdeterminowani, kiedy chodzi o dobro kościoła, parafii, o remonty, wspólne prace, przygotowania przedświąteczne. Prawie codziennie uczestniczą w nabożeństwach. W roku
jubileuszowym 2000 ufundowali kościołowi nowy ołtarz, kunsztownie oprawili cenny obraz z XV wieku. Kościół posiada wiele chorągwi, ufundowanych i pieszczotliwie wykonanych przez wdzięcznych parafian.
   Około ćwierć wieku oddał posłudze kapłańskiej w Nowej Myszy i okolicach ksiądz proboszcz Walenty Nowak, który wspólnie z parafianami przeprowadził wielki remont kościoła i konserwacje obrazów, rzeźb, krucyfiksów, ocalił i powrócił do życia wiele cennych pereł sztuki i architektury. Wspierały księdza na tej drodze żmudnej pracy śp. babcia Zofia Bogucka i śp. mama Kazimiera Nowak, które prowadziły dokumentacje, karmiły pracowników i konserwatorów, wykonywały rozmaite prace przy kościele. Po pierestrojce ksiądz Walenty Nowak wychował kilka pokoleń młodych katolików, w tym okresie wyświęcono
też siedmiu miejscowych księży, wychowanków księdza Walentego Nowaka. Powróciła też piękna tradycja pielgrzymowania wiernych – coraz więcej młodych i starszych mieszkańców uczestniczy w pielgrzymkach do Łahiszyna, Budsławia, Janowa Poleskiego a nawet do Rzymu i Ziemi Świętej. W latach 90-ch zawitali do Nowej Myszy turyści z Niemiec. Ksiądz proboszcz opowiedział im o wydarzeniach z czasu II wojny światowej, kiedy Niemcy zabrali kościelne dzwony i przetopili je na kule. Wśród delegacji znalazł się ksiądz katolicki, który po jakimś czasie przekazał dla parafii w Nowej Myszy dwa dzwony jako wyraz przeprosin i zadośćuczynienia narodu niemieckiego.
   Kościół  Przemienienia Pańskiego w Nowej Myszy przeżył wraz z mieszkańcami różne czasy – więcej było okresów trudnych, pełnych cierpienia i prób, kiedy hartowały się osobowości i krzepła wiara. Pamięta, jak w roku 1917, w czasach burzliwych i dramatycznych, bierzmował w Nowej Myszy słynny arcybiskup Cieplak. Pamięta, jak podczas wojny polsko-bolszewickiej bolszewicy strzelali do kościoła z Budzkowicz, a wierni modlili się przed ołtarzem „Cud zwiastowania”, dziękując Bogu za opatrzność i ocalenie, po tamtych wydarzeniach na kościele pozostały ślady po pociskach.
   Pamięta kościół i radosne, pełne entuzjazmu lata dwudziestolecia międzywojennego, kiedy kwitła wiara i odradzało się młode Państwo Polskie. Pamięta wizytacje i wizyty biskupa Zygmunta Łozińskiego, Komunie i Bierzmowanie kilkuset wiernych. Pamięta wizyty biskupa Bukraby z Pińska w 1937 roku, piękne bramy powitalne z kwiatów, kilkutysięczne procesje, radość i dumę wiernych. Mieszkańcy Nowej Myszy kochają swój kościół. W tych ścianach, na tych ławach, modliło się wiele pokoleń. Każdy fragment jest drogi ich sercom: i stary włoski krucyfiks z drzewa sandałowego, i piękne zabytkowe organy, i słynny obraz z dramatycznym losem Matki Bożej Białynickiej, ołtarz św. Antoniego, ulubieńca wiernych; gotyckie figurki Matki Bożej, św. Scholastyki i św. Benedykta przy głównym ołtarzu, a na górze – niewielki obraz św. Rodziny, ofiarowany kiedyś Matce Bożej przez rodzinę Radziwiłłów. Dumą parafian jest również unikatowy XV– wieczny obraz „Sama Trzeć”, przedstawiający Matkę Bożą z Dzieciątkiem i św. Annę (str. 3 okładki). W kościele po prawej stronie jest jedna z pierwszych kopii obrazu Jezusa Miłosiernego z lat 40-ch, z okresu wojny. Może dlatego, że w kościele jest tak wiele „namodlonych obrazów”, w Nowej Myszy jest więcej dobrych i trwałych rodzin, a wiara jest żywa, bezpośrednia, bezwarunkowa - taka, o której mówił ostatnio
nasz Ojciec Św. Franciszek – „mniej od teologii, a więcej od Ducha Świętego”.
   Parafianie wraz ze swoim młodym proboszczem Pawłem Wróblem zapraszają wszystkich odwiedzić kościół
Przemienienia Pańskiego w Nowej Myszy, by podziwiać piękno kościoła, słuchać śpiewu chóru, odczuć niepowtarzalnego ducha Nowej Myszy i jej mieszkańców.

Poniżej kościół parafialny p.w. Przemienienia Pańskiego.

indeks1.jpg

Dawna karczma w Nowej Myszy.

mysh-novaya--245-1363118022_b2.jpg

Synagoga w Nowej Myszy.

synagoga.jpg


Podziel się
oceń
2
0

Skomentuj ten artykuł (9) | dodaj komentarz

Generał Agaton Pławski.

sobota, 26 października 2013 22:03

Urodzony 23 grudnia 1854 roku, syn Wincentego Pławskiego, zmarł w 1916 roku.

Wyznania rzymsko-katolickiego. Otrzymał edukację domową. Ukończył warszawską szkołę podchorążych (2 stopnia). Chorąży (02.01.1876;  02.01.1876). Podporucznik (05.07.1877). Porucznik ( 12.03.1882)kapitan sztabowy (18.11.1887), kapitan (15.03.1892), podpułkownik ( 26.02.1898), pułkownik (13.08.1904). Uczestnik wojny rosyjsko-japońskiej w latach1904-05. Dowódca 140-ego Zarajskiego Pułku Piechoty (31.12.1904). Na dzień 01.11.1906 w tej samej randze i pozycji. Awansowany do stopnia generała-majora, zwolniony ze służby z prawem do umundurowania i pensją w 1907 roku.

Po wybuchu I wojny światowej w 1914 roku wymieniony w źródłach w randze generała-majora. Generał do zadań specjalnych przy sztabie Omskiego Okręgu Wojskowego ( 1914-1916).

Zmarł w 1916 roku w Omsku.

Ordery:

- Order Św. Stanisława III stopnia ( 1893)

15_1.gif

 

- Order Św. Anny III stopnia  ( 1900)

11_1.gif

- Order Św. Stanisława II stopnia z mieczami ( 1904)

14_11.gif

- Order Św. Anny II stopnia mieczami ( 1904)

10_11.gif

- Złota Szabla ( 17.02.1906)

17_1.gif

- Order Św. Włodzimierza IV stopnia z mieczami i wstęgą ( 1906)

8_111.gif

 

 


Podziel się
oceń
0
0

Skomentuj ten artykuł (8) | dodaj komentarz

Drzewa Pławskich.

sobota, 12 października 2013 21:03

Znalazłem ostatnio w sieci wiele drzew genealogicznych dotyczących rodziny Pławskich. Mam nadzieję, że ich twórcy wybaczą mi małe piractwo z mojej strony. Właściwie, to nie jest piractwo, powiedzmy, że to forma promocji ich drzew...

Józefa Pławska (zd. Majewska)

1895-2004

000004_61385558eb37b40psi2k14_W_96x128.jpg

Marta Matuszak z domu Pławska

marta.jpg

Jadwiga (dziunia) Janicka (zd. Pławska)

1910-1996

dziunia.jpg

Maria Jakubowska (zd. Pławska)

1905-1995

maria.jpg

Wincenty Pławski

wincenty.jpg

Bronisław Pławski

1899-1981

bronek.jpg

Antoni Pławski

1903-1986

antoni.jpg

Marianna Pławska z domu Kamieńska

1924-2010

marianna.jpg

Kazimierz Pławski

1912-1992

kazik.jpg

 


Podziel się
oceń
3
0

Skomentuj ten artykuł (9) | dodaj komentarz

Wspomnienia Jana Wileńca cz. VI.

poniedziałek, 17 czerwca 2013 23:38

Jak już wspominałem, po wejściu Sowietów na nasze tereny, pojawiło się na pograniczu dużo Żydów, którzy masowo uciekali przed Niemcami w czasie wojny, a po wojnie przekraczali nielegalnie granicę okupantów, która jak widać nie była silnie strzeżona. Zima 1940/41, była trudna, bo nocami trwały aresztowania i wywózki, a poza tym Sowieci zmuszali nas do oddawania żywności, szczególnie zboża. Helenka razem z Dziunią Sokolińską chodziły do rosyjskiej szkoły w Międzyrzeczu, a Krysia chodziła do szkoły w Tałałajkach, w której uczył nasz Julek, starając się nauczyć dzieci rosyjskiego alfabetu bo tylko tyle mógł przekazać, gdyż nie znał tych wykładanych przez siebie języków, i był to czas stracony, ale innego wyjścia nie było. Ja pracowałem przy wywózce drewna z lasu. Zima była mroźna i śnieżna. Ja musiałem wywieść 42 kubiki (m3) drewna z lasu na kolej do Zelwy. Na jeden kurs mogłem, zabrać około 1 m3 kłód, co w konsekwencji stanowiło około 50 dniówek.
W zwózce kłód nikt mi nie pomagał, wszystko musiałem robić sam. Ponieważ byłem dość silny i znałem się na tej pracy, więc jakoś sobie sam radziłem z załadunkiem kłód na sanie, bo rozładunek był zawsze łatwiejszy. Do lasu wyjeżdżałem rano o ciemku i z lasu wracałem też o ciemku.
(…) Sytuacja nasza była beznadziejna, na odzyskanie wolności nie mogliśmy liczyć, to było nierealne, więc trzeba było pogodzić się z tym co dzień dzisiejszy i jutrzejszy przyniesie. Codziennie dowiadywaliśmy się o aresztowaniach i wywózkach znajomych. Dzień był podobny do dnia, rano do zwózki i tak w koło Macieju. Dzięki Bogu, że siły i zdrowie jakoś dopisywało, choć wszystkie wiadomości były deprymujące.
Pod koniec zimy nasza jednostka pancerna przeniosła się bardziej na zachód, a na jej miejsce zakwaterowała się inna. Oficerowie z rodzinami opuścili nasz dom, ale niebawem pojawiło się kilku innych. Pamiętam, że w naszej sypialni "zakwaterował się" jakiś porucznik z żoną, który z zawodu był agronomem i na czas wojny został zmobilizowany do wojska. Oznaczało to, że ZSRR jest w stanie wojny, bo ogłosiło mobilizację, tylko z kim tego nie mówiono. U góry mieszkał inny porucznik, który był na wojnie z Finlandią, nazywał się Szczerbakow. To był bardzo dobry człowiek, chętnie rozmawiał ze mną o swoich problemach życiowych. Mówił, że ma matkę staruszkę mocno wierzącą, która jak jechał na wojnę założyła mu krzyżyk na szyję mówiąc: "Pamiętaj synku o Bogu i nigdy nie zdejmuj tego krzyżyka, bo on cię uchroni od śmierci". Ja jej powiedziałem, że mnie nie wolno nosić krzyżyka na szyi, bo będę ukarany, a na to matka powiedziała: To ja ci ten krzyżyk zaszyję do kołnierza munduru, nikt o tym nie będzie wiedział, a pan Bóg cię ochroni od złego". Tak też zrobiła, a ja chodzę z tym krzyżykiem zawsze i wszędzie. Byłem na wojnie i być może dlatego wróciłem zdrów i cały z tego piekła. Wokół mnie koledzy padali jak muchy, ja nie miałem się gdzie ukryć od kul, ale żadna nawet mnie nie drasnęła. Dlatego będę nosić ten krzyżyk stale przy sobie. Może to ten krzyżyk i żarliwa modlitwa mojej matki uchroniły mnie od śmierci. U nas ludzie chowają krzyże i ikony w kufrach i modlą się po cichu, bo obawiają się prześladowania. Ale są też tacy, którzy się nie lękają prześladowania, tylko ich jest bardzo mało i żyją przeważnie na wsiach. Rozmawiał ze mną jak byliśmy sami, bez świadków. Opowiadał jak dzielnie bronili się Finowie. "Atakowaliśmy na terenach ośnieżonych - mówił- i byliśmy widoczni, a oni byli ubrani na biało, byli niewidoczni, nawet karabiny mieli białe, więc padali nasi żołnierze jak muchy. Często siedzieli ukryci na drzewach i znienacka otwierali ogień z karabinów maszynowych do naszych, a kiedy podchodziliśmy do nich, to ktoś zeskakiwał z drzewa i na nartach znikał w śnieżnej bieli. Zamaskowani Finowie doskonale nas widzieli, podpuszczali na bliską odległość i potem strzelali do nas jak do kaczek. Robili nawet takie pułapki, że idąc, znajdujesz piękne wieczne pióro, albo jakiś inny przedmiot niby to zgubiony, wystarczyło go podnieść, a on wybuchał raniąc znalazcę i znajdujących się niedaleko .Robili różnego rodzaju sztuczki, jak porzucony gdzieś rower, który uruchomiony wybuchał, albo puste mieszkanie, elegancko umeblowane, drzwi pootwierane, nawet w kominku palił się ogień, wystarczyło, że w mieszkaniu znajdowało się kilka osób i mina wybuchała. W taki banalny sposób armia sowiecka straciła dużo ludzi, którzy zostali zabici, albo ciężko lub lekko ranni". Szczerbakow dużo opowiadał mi o sobie i swojej rodzinie, za którą bardzo tęsknił i nie wiedział kiedy będzie mógł wrócić do domu.
Mieszkał u nas wyższy rangą Komandir, który postanowił sprowadzić z Moskwy swoją żonę, więc pewnego razu poprosił mnie, żebym pojechał z nim na stację do Zelwy. Tak jeździłem z nim dwa razy, a żony nie było. Dopiero za trzecim razem przyjechała. Oficer zrobił jej awanturę, bo trzy razy musiał przyjeżdżać po nią na stację. Ona mu wyjaśniła przyczynę opóźnienia, mianowicie do Moskwy przywieźli kartofle i rozpoczęli sprzedawać, więc ustawiła się dwa razy w kolejkę i udało się jej kupić dwie walizy kartofli, które przywiozła ze sobą, żeby tu było co jeść. On ją zbeształ: "Ty głupia babo, tyle czasu straciłaś w kolejkach i wiozłaś tutaj, gdzie jest więcej jajek niż twoich kartofli. Jak ciebie zobaczą z tymi kartoflami to cię wyśmieją i przy okazji ja oberwę". Siarczyście zaklął po rusku, chwycił obie walizki i cała zawartość wysypał za płot. Wsiedliśmy do wozu i razem pojechaliśmy do Żabek.
Zima się skończyła, nastała ciepła i słoneczna wiosna 1941 roku. Z trudem wykonałem wyznaczoną normę wywózki drewna z lasu, a tu następne zadanie. Dostałem przydział nazbierania i zwiezienia kamieni na budowę lotniska na polach koło wsi Horna.
Na krótko przed wojną 1939 r. władze Polskie projektowały tam zlokalizować lotnisko wojskowe. Były już przeprowadzone odpowiednie badania i pomiary geodezyjne oraz wykup ziemi od chłopów. Wszystko przepadło ze względu na wojnę. Nie wiem czy sowieci znaleźli polskie plany, czy sami wpadli na ten pomysł. Zabrali się do tego zadania ostro. Każdy gospodarz który miał konie, dostał nakaz zwiezienia określonej ilości kamieni. Kontyngent zależał od ilości posiadanych koni. Każdy woźnica miał swojego "anioła stróża", który go nadzorował. Nade mną stał taki smarkacz chyba z Komsomułu, który codziennie z rana przychodził do mnie aż z Karolina, zachowywał się po chamsku i ordynarnymi wyzwiskami polecał mi natychmiast wyjeżdżać do pracy. Pewnego razu jak ten młokos tak się popisywał, wyszła z domu jedna z żon naszych komandirów i zwróciła mu uwagę, że jeśli nie przestanie lżyć choziaina (gospodarza), to wniesie skargę na niego do partii .Ale to i tak nic nie pomogło. Kamienie znikały z naszych pól w sposób magiczny. Jeszcze za czasów naszych dziadów składano uzbierane kamienie na stosy, tak zwane "krusznie", których na naszych polach było sporo, a teraz w tajemniczy sposób znikały. Okazało się że chłopi zza rzeki Zelwianki, przyjeżdżali raniutko i wykradali te kamienie, ponieważ od nich trzeba było daleko wieźć. Przez to lotnisko zupełnie ogołocili okoliczne pola z kamieni, więc trzeba było szukać kamieni w lesie, bo kontyngent trzeba było wykonać pod rygorem kary, a może nawet wywózki na Syberię.
Kamienie na budowie przyjmowały młode Żydówki, które oszukiwały w wymiarach kamieni i kubaturze, bo na dobrą sprawę nie potrafiły dobrze liczyć. Ja nie dawałem się oszukać, ponieważ co jak co, ale kubaturę to potrafiłem sobie wyliczyć i to jeszcze na swoją korzyść. Najkorzystniej było wozić drobne kamienie, bo dawały dużą objętość i mniej ważyły. Rękami było zbierać marudnie, dlatego ludzie nie brali małych kamieni, ja zaś miałem gable do kartofli i bez problemu sypałem je na wóz. Szło mi to dość sprawnie, a ponieważ "krusznie" z małymi kamieniami leżały blisko budowy, więc mogłem w ciągu dnia obrócić dwa, a nawet trzy razy i nie męczyłem siebie i konia. Codziennie zwożono olbrzymie ilości kamieni. Niedaleko przyszłego lotniska pobudowano duże baraki, a teren obozowiska ogrodzono wysokim, szczelnym płotem z desek, a na narożnikach ustawiono wieżyczki dla nadzoru z NKWD. Był to obóz dla więźniów politycznych, którzy "dobrowolnie" pracowali przy budowie lotniska. Codziennie byli doprowadzani czwórkami do pracy, w asyście dozorców uzbrojonych po zęby i specjalnie szkolonych psów. Wyglądem ci ludzi przypominali żywe trupy, byli wycieńczeni, zagłodzeni i jak szli to powłóczyli nogami. Byli ubrani w szare łachmany, a na nogach zamiast butów, stopy mieli owinięte szmatami. Ludzie ci idąc słaniali się z wycieńczenia i byli popędzani przez NKWD-zistów kolbami i wyzwiskami, albo szczuci spasionymi wilczurami. Robota wprost kipiała. Furmani z dalszych miejscowości nocowali na miejscu, by rano skoro świt wyruszyć na poszukiwanie kamieni po okolicznych polach i lasach. Więźniowie ciężko pracowali przy tłuczeniu głazów, pracach ziemnych i wylewaniu betonu na pasach startowych. Więźniowie nawet podczas pracy byli pilnie strzeżeni, nie wolno było do nich podchodzić, ja próbowałem komuś podać kawałek chleba, który zawsze nosiłem przy sobie. Wiosna była już na całego, trzeba było rozpocząć prace polowe, a tu te cholerne kamienie musiałem zwozić. Mimo przemęczenia, prace w polu robiłem w nocy, albo wczesnym rankiem, bo trzeba było wykorzystać pogodę, aby dotrzymać terminów siewu i sadzenia ziemniaków.
Na dworcach kolejowych znowu pojawiły się okratowane wagony towarowe, to był zły symptom. Szosy były przepełnione transportami wojskowymi, ruch był tak ogromny, że aby przejechać na drugą stronę, należało czasami poczekać nawet pół godziny i więcej. Praca na lotnisku trwała bez przerwy cała dobę, bez świąt. Obóz się rozrastał i ciągle sprowadzano nowych więźniów. Czuło się jakiś niepokój w powietrzu, że coś nadchodzi.
Mój kolega Soroka mieszkał w Wołkowysku, więc Tosia jak była w mieście to zachodziła do nich i dowiedziała się od niego, że Niemcy organizują na terenie okupowanej Polski wielkie manewry i ruchy wojsk. Konspiracyjne radio podawało, że Niemcy szykują się do ataku na Sowietów. Stosunki sowiecko- -niemieckie nadal były jak najlepsze. Handel oficjalny i nieoficjalny rozwijał się wspaniale, a ludzie i szpiedzy dość swobodnie przekraczali granicę okupantów. Jakoś na początku czerwca był u nas jakiś pan, którego nazwiska nie pamiętam, opowiadał, że w teatrze w Warszawie grali taką farsę "Adolku graj dalej". Treść była taka, że Adolek grał w karty i bardzo wygrywał, ale potem szczęście mu nie sprzyjało i przegrywał, przegrywał, aż musiał sprzedać ostatnie spodnie. Niemcy podobno bardzo się ubawili na tym spektaklu ale jak zrozumieli, że ów Adolek to Hitler, zabronili wystawiać tę sztukę, a reżysera i paru innych aktorów osadzili w obozie koncentracyjnym. Tenże pan potwierdził, że na terenie Polski, Niemcy gromadzą bardzo dużo wojska i sprzętu bojowego, co wcale nie wygląda na manewry.
W sobotę 21 czerwca1941 roku, lejtnant Szczerbakow zaprosił mnie do swego pokoiku u góry na wódkę. Byli tam jeszcze inni oficerowie sowieccy. Ponieważ nosiłem bujny zarost, brodę i wąsy, nazywali mnie "diadia "(wujek). Rozmawialiśmy na różne tematy, jak to przy wódce o polityce i d...Maryni, ale jeden z nich powiedział, że władze planują wywózki od Rosji, bo na stacjach pojawiło się dużo wagonów z okratowanymi oknami. To już od dawna było wiadomo, że po takich przygotowaniach, zwykle następowały aresztowania i wywózka. Jeden z oficerów powiedział, że jak u nich w Rosji organizowali kołchozy, to opornych chłopów tak samo wywozili na "białe niedźwiedzie". Ostrzegawczo, zwrócił się do mnie tymi słowy: "A ty diadia nie prynadleżysz do kołchoza tak tebia i mogut wywiesti na biełyje miedwiedi" (A ty wujku nie należysz do kołchozu to ciebie mogą także wywieźć na białe niedźwiedzie). Ta wiadomość nie bardzo mnie ucieszyła, ponieważ ja już wcześniej wiedziałem o tych wagonach. Jakoś intuicyjnie przeczuwałem, że na pewno mnie też ten los spotka. Z uczuciem przygnębienia poszedłem spać. Długo nie mogłem zasnąć. Obudziłem się wcześnie rano, pogoda zapowiadała się piękna, więc po srebrzystej rosie poszedłem sobie na wzgórek, usiadłem na kamieniu i bezmyślnie patrzyłem w dal. Po chwili podeszli do mnie kołchoźnicy, którym przydzielono moje pole, (bez mojej zgody) i powiedzieli żebym w poniedziałek skosił swoją koniczynę, bo oni mają polecenie zebrać drugi pokos dla kołchozu na nasiona i dlatego ja mam wcześniej zebrać swój pokos.
Oficer, który mieszkał z żoną w naszej sypialni, raniutko powiedział do Tosi, że wybiera się z żoną do Zelwy do fotografa i prosił Tosię, że jak przyjdzie żołnierz, to ma mu powiedzieć, że oni poszli do miasta. Ledwie powiedział te słowa, a tu widzimy jak biegnie w naszym kierunku żołnierz z karabinem w ręku i zdyszany wpadł do domu. Lejtnant widząc biegnącego żołnierza skrył się z żoną za drzwi. Kurier zapytał się o lejtnanta, a Tosia powiedziała mu, że ich nie ma, bo poszli do miasta. Kurier był zatroskany tą wiadomością, coś pomruczał pod nosem, zawrócił się i pobiegł do Mesztowicz. Lejtnant z żoną przeskoczyli przez płot i na przełaj pobiegli w stronę Zelwy.
Ja z pagórka obserwowałem naszych bohaterów, a potem powiedziałem kołchoźnikom, że koniczyna jeszcze nie zakwitła, więc trzeba jeszcze poczekać, bo będzie mało z niej trawy. Coś tam jeszcze mówiłem kołchoźnikom, aż tu nagle od strony Wołkowyska lecą trzy klucze samolotów, za nimi następne i następne. Warkot i szum silników zagłuszył naszą rozmowę. Moi kołchoźnicy mówią "O !!,nasi lecą na manewry". Mówię do nich, coś mi te samoloty nie podobają się, to nie są sowieckie maszyny, bo są za długie i za dużo ich na raz. "A co Ty myślisz - mówi któryś - my mamy dużo samolotów i różnych typów. To na pewno są nasze". Ale jak usłyszeli wybuchy bomb i ujrzeli dymy pożarów, to zmienili zdanie o samolotach i koniczynie. Za chwilę nasza jednostka w popłochu opuściła Mesztowicze i biegiem udała się do pobliskiego lasu koło Dziergiel. W takiej scenerii w Żabkach, rozpoczął się następny rozdział dramatu, czyli wojna niemiecko - sowiecka.

( wspomnienia spisał p. Marcin Barnowski z Regiopedii Pomorskiej).


Podziel się
oceń
0
0

Skomentuj ten artykuł (4) | dodaj komentarz

Wspomnienia Jana Wileńca cz. V

poniedziałek, 17 czerwca 2013 23:37

Wiosną 1940 roku granicę okupacyjną od strony Niemiec, masowo przekraczali Żydzi w obawie przed śmiercią. To była istna plaga, byli okropnie brudni, zawszawieni i głodni. Kradli co tylko mogli, na polach kopali kartofle i piekli je w ogniskach. U nas, w nocy pościnali wszystkie krzewy na ogniska, które im służyły do ogrzewania się i gotowania strawy. Nie wolno im było przeszkadzać, bo byli pod specjalną ochroną sowieckich władz. U nas zamieszkał młody inteligentny Żyd z Warszawy. Musieliśmy go przyjąć, ale z dwojga złego lepszy ten, niż jakiś brudas. Nazwiska jego nie pamiętam, ale po rosyjsku nazywał się Izaak Abramowicz, natomiast nas prosił aby go nazywać Julkiem. Julek miał około 22 - 24 lat i był studentem polonistyki w Warszawie. Był chłopcem inteligentnym i szybko starał się wejść w klimat naszego domu. Przed wojną był radykalnym socjalistą, jak wielu Żydów w tamtym czasie i uważał, że władze komunistyczne są postępowe i należy je popierać. Julek zerwał z ortodoksyjną religią żydowską i nie przestrzegał koszernej żywności. Zresztą nie miał nawet na to możliwości w naszym domu. Przez władze sowieckie został mianowany nauczycielem w Tałałajkach w języku białoruskim i rosyjskim. Jak on to robił to jego "słodka" tajemnica, bo o ile wiem, to żadnego z tych języków nie znał. Julek zaprzyjaźnił się z naszym domem i lubił prowadzić długie dysputy, szczególnie na tle religijnym z moim ojcem. Julek na początku czuł się komunistą w każdym calu, ale z upływem czasu i w zetknięciu się z bolszewicką rzeczywistością, powoli ten komunizm zaczął mu z głowy ulatniać się. Marzył tylko o tym aby wojna skończyła się jak najszybciej, a on mógł wrócić do Warszawy. Czy to mu spełniło się, nie wiem, ale wszystko wskazywało by na to, że tej wojny nie przeżył. Dużo Żydów pozostało na naszych terenach, bo dalej na wschód nie chcieli jechać, gdyż wiedzieli od innych współplemieńców, że tam trzeba ciężko pracować i nie ma tam co jeść. Gdzieś te gromady Żydów rozpierzchły się po miasteczkach i wsiach. Na początku wojny przybłąkał się do nas nijaki Szymański z żoną i córką, który pochodził z Pińczowa. Przyjechał na nasze tereny z zamiarem kupienia sobie działki ziemi z parcelacji, bo tu ziemi było pod dostatkiem i była tańsza jak w centralnej Polsce. Ledwo przyjechał, pieniądze przehulał i działki nie kupił. Jakiś czas pracował u Sokołowskich w Międzyrzeczu, a w czasie wojny zainstalował się u nas. Był to człowiek niezaradny i leniwy, natomiast jego żona i córka były nadzwyczaj pracowite.
Jak już wspominałem w Mesztowiczach stacjonowała sowiecka jednostka pancerna a w naszym domu mieszkali sowieccy oficerowie z żonami. Wśród nich był oficer polityczny Iwanow. Ten politruk starał się nas przekonać o wyższości ustroju sowieckiego nad kapitalizmem, a ponieważ nas to nie bardzo interesowało, to skierował swoją uwagę na młodziutką Zosię Szymańską. Dużo jej mówił o zaletach komunizmu i dał jej do przeczytania książkę Mikołaja Ostrowskiego "Jak hartowała się stal" (Kak zakalałaś stal), oczywiście w języku rosyjskim. Po przeczytaniu miała mu opowiedzieć treść i swoje wrażenia. Dziewczyna nie znała rosyjskiego i nie przyznała się do tego, więc książkę położyła na półkę. Po kilku dniach Iwanow zapytał Zosię ,jak jej podobała się książka, a ona zapytała: "Która, czy to ta: "Kak zakałoli Stalina"? (Jak zakłuli Stalina). Kiedy on to usłyszał, zatrząsł się ze złości, zabrał jej książkę i zostawił ją w spokoju. Na tym zakończyła się edukacja polityczna Zosi Szymańskiej. Potem próbował mnie uświadomić, że Pana Jezusa to nigdy nie było na świecie, a Biblia to dość ciekawa bajeczka dla dorosłych i dzieci. Ja mu odpowiedziałem, że po dwóch tysiącach lat, to samo powiedzą o Leninie, że to jest mit i bajeczka o dobrym wujaszku.
Oglądałem ówczesny elementarz sowiecki. Był tam taki rysunek, gdzie na plecach chłopa siedział "burżuj" i poganiał go nahajką. Dzieci jak patrzały na takie rysunki, to nie wiedziały o co tu chodzi. Sam byłem świadkiem takiego zdarzenia, jak rosyjski dzieciak szedł z ojcem i na ulicy głośno prosił ojca: "Tato pokaż mnie burżuja", na to ojciec: "Milcz, nie gadaj tyle, to cię zaprowadzę do kina na ładny film", a dzieciak: "Ja nie chcę iść do kina, ja chcę zobaczyć burżuja".
Mojego kolegę Jachimowicza stale trzymały się różne żarty. Zaraz po wejściu bolszewików w 1939 roku, znikały stopniowo wszystkie towary, a sklepiki żydowski zostały powoli zamykane, tylko w sowieckich sklepach czasami można było coś kupić. Jak pojawił się jakiś towar to z miejsca tworzyły się kolejki. Ludzie nawet nie bardzo wiedzieli za czym stoją i co będą sprzedawać. Zwykle ludzie pytali, za czym jest ta kolejka? Pewnego dnia przed jeszcze zamkniętym sklepem, stanął Jachimowicz, poprosił mnie i Sorokę żebyśmy stanęli za nim. Za chwileczkę jakiś przechodzeń, zapytał go co tu będą sprzedawać? Jachimowicz cichutko odpowiedział, skórę na zelówki, to on stanął za Soroką, no i się zaczęło, kolejka rosła i rosła. W pewnej chwili Jachimowicz zwrócił się do mnie i zapytał: "Pan stoi za mną?", "Tak" odpowiedziałem: "To ja zaraz wrócę", i odszedł. Za jakiś czas ja też tak zrobiłem jak on, i podobnie postąpił Soroka. Każdy z nas poszedł sobie w inną stronę i z daleka obserwowaliśmy co to będzie działo się dalej. A kolejka rosła jak na drożdżach, stało tam około 8o ludzi. Do kolejkowiczów podszedł NKWD-zista i zapytał, za czym tu ludzie stoją. Powiedziano mu że za skórą na podeszwy:" Wy głupcy, tu nikt nie będzie sprzedawać skóry na podeszwy", a podniecony tłum aż zahuczał: "Ty kłamco, będą sprzedawać, my dobrze wiemy". NKWD-zista rozzłościł się i wrzasnął: "Rozejść się! " i zdjął z ramienia karabin z najeżonym bagnetem z zamiarem użycia broni. Ludzie niechętnie zaczęli rozchodzić się i coś tam mruczeli pod nosem. Jak stróż porządku odszedł, kolejka szybko się uformowała od nowa i cała zabawa powtórzyła się. Śmieszne i zarazem smutne to było widowisko.
Pod koniec listopada (30.11.1939 r) ZSSR napadł zdradziecko na niewielką Finlandię pod pozorem wyzwolenia Karelii z ucisku Finów, a w gruncie rzeczy chodziło o maksymalne odsunięcie granicy od Leningradu (Petersburga). Wojna była krwawa, bo Finowie mieli silnie umocnioną granicę z Rosją, zdobycie której kosztowało wiele ofiar ze strony sowieckiej. Ponieśli oni duże straty w ludziach i sprzęcie a szczególnie w czołgach, które nie były przystosowane do zimowych warunków. Mało brakowało, a wojnę mogli przegrać. W końcu rzucili ogromną ilość wojska i zmusili Finlandię do oddania żądanego terenu.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, była to pierwsza wigilia pod okupacją sowiecką, nie było św. Mikołaja, którego moje dzieci tak wyczekiwały, bo nie było co kupić. Zima była tęga, śniegu było do kolan, a mróz dochodził do 30 stopni, mimo to szosa Baranowicze-Białystok dzień i noc szumiała od przejeżdżających wojsk zmechanizowanych i taborów konnych.
Pamiętam,10 lutego 1940 roku, mróz był siarczysty, a już z samego rana, jeszcze było ciemno, a na drogach słychać było skrzypiące sanie. To do Międzyrzecza Sowieci zwozili ludzi i koło szkoły zrobiło się wielkie zbiorowisko. Na tym mrozie stali tam dorośli, dzieci i niemowlęta, wszystko to było zziębnięte i spłakane. To były rodziny osadników wojskowych i cywilnych z rozparcelowanych majątków. Tych biedaków wyciągano w nocy z domów i pozwolili im w czasie 15 do 20 minut zabrać trochę rzeczy i żywności na drogę. W większości to byli ludzie biedni na dorobku. Potem tych ludzi wpędzili do szkoły na odpoczynek. Ludzie byli znienacka zerwani w nocy i wypędzeni z domu tak jak stali. Dzieci były zmarznięte i głodne, a tu nie było co do ust włożyć. Ludzie z Międzyrzecza szybko się skrzyknęli i zorganizowali coś do jedzenia i okrycia, ale tych biedaków ciągłe przywozili. Po jakimś czasie aresztantów wyprowadzili ze szkoły, uformowali kolumnę i ruszyli do Zelwy. To było coś strasznego i nieludzkiego. Kolumnę nędzarzy ochraniało uzbrojone po zęby wojsko NKWD i milicja z psami. Prowadzili ich jak najniebezpieczniejszych zbrodniarzy. Tam przecież były dzieci, kobiety z niemowlętami i starcy. Tak dostarczyli tych nieszczęśników na dworzec kolejowy do Zelwy, tam władowali do zimnych wagonów bydlęcych i powieźli na zatracenie, na śmierć głodową, w straszliwy mróz, na poniewierkę. Warunki podróży w nieznane były nieludzkie.
W styczniu 1940 roku, zauważono, że na większych stacjach kolejowych Sowieci gromadzili większe ilości krytych wagonów towarowych. Zbiorowiska tych wagonów były pilnowane przez żołnierzy NKWD, ale mimo to widać było, że te wagony są przystosowywane do dłuższego transportu ludzi, bo wstawiano do nich piecyki. Były to tak zwane "ciepłuszki". Zastanawialiśmy się, do czego będą im potrzebne te "ciepłuszki". Tylko dlaczego zakładali kraty na okna?
Brakowało wody ciepłej i zimnej, ponieważ wagony były zamknięte na kłódki, a pociąg jechał prawie bez przerwy, a jak miał przystanek na podmianę lokomotywy, to odbywało się to gdzieś na małej stacji i w nocy. Ludzie załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne w wagonie, więc łatwo można było sobie wyobrazić jaki tam był smród. Z braku ciepłego posiłku ludzie chorowali na biegunkę, co jeszcze bardziej utrudniało podróż. Z mrozu, głodu i wycieńczenia ludzie masowo umierali, a szczególnie starcy i małe dzieci. Niejedna matka tuliła do siebie trupa. Na nielicznych przystankach dawano gorącą wodę i przy okazji oprawcy sprawdzali wagony a trupów wyrzucali z wagonów jak padlinę.
W ciągu tej nocy aresztowali ponad dwieście tysięcy ludzi i wywieźli na Syberię. Takiego bestialstwa historia nie zna i dziw bierze, że świat o tym wiedział i milczał. A bolszewicka machina pracowała bez przerwy niosąc śmierć, kalectwo i niszcząc godność człowieka. Stalinowscy siepacze mieli do dyspozycji ogromne, niezmierzone obszary Syberii, stamtąd nikt nie mógł uciec i czekała go śmierć głodowa. Tam nie budowano krematoriów, bo dzikie zwierzęta i mróz robiły to lepiej. Taką tam stosowano technologię moralnego i fizycznego wyniszczania narodu polskiego.
Po wywiezionych na Syberię pozostawały ich gospodarstwa z inwentarzem żywym i wszelkim dobytkiem, a przecież eksterminacji podlegali ludzie wykształceni i bogatsi, więc coś tam zawsze zostawało. Cały majątek porozdawali swoim aktywistom, a budynki opustoszałe jeszcze dość długo straszyły pustką i były dewastowane przez okolicznych chłopów. Tam gdzie kiedyś kwitło życie, gdzie słychać było szczebiot bawiących się dzieci, teraz była pustka i wiatr złowrogo świstał po chałupach bez okien i drzwi, a ziemia kiedyś uprawiana i urodzajna leżała odłogiem. Tak, olbrzymie połacie ziemi leżały odłogiem, bo jej właścicieli wywożono na Syberię, tylko za to, że byli Polakami i dobrze gospodarzyli.
Ci Polacy, którzy narazie nie zostali wywiezieni, władze sowieckie zatrudniali przy rabunkowej eksploatacji miejscowych lasów państwowych i prywatnych. Ci co nie mieli koni pracowali przy ścince, ci co mieli konie musieli kłody i grubsze gałęzie wywozić do stacji kolejowej w Zelwie. Każdy gospodarz, otrzymywał z komitetu partyjnego zadanie do wykonania. Ten kontyngent był ustalany według widzimisię funkcjonariusza partyjnego, jak chciał komuś dokuczyć, to mu zadanie zwiększał. Każdy drwal i furman miał swojego "opiekuna", który go codziennie rozliczał z wykonanej normy. Zima była bardzo sroga, w lutym mrozy osiągały 30 stopni mrozu, a nasi "opiekunowie" rano przychodzili do domów i wyganiali ludzi do pracy, grożąc niejednokrotnie bronią. Serce bolało jak ci stalinowscy niewolnicy bezmyślnie niszczyli nasze piękne lasy. Taki piękny materiał tartaczny całymi kolumnami furmanek zwożono na dworzec kolejowy do Zelwy i tam składano na olbrzymie stosy. Całe pola wokół stacji były załadowane drewnem. Komu i po co to drewno było potrzebne? Na pewno tylko po to, aby zniszczyć nasz skarb narodowy, bo czuli się niepewnie na tych terenach. Kloce były nie okorowane i zwalone na stosy, a jak przyszła wiosna, drewno uległo zaparzeniu i rozpoczął się proces gnicia i rozkładu i tak to leżało do wkroczenia Niemców w czerwcu 1941r. Nie wiem co oni chcieli zrobić z tym drewnem, ale na pewno przeszkodzili im Niemcy w wykorzystaniu tego surowca. Straty materiałowe były wielkie i zmarnowany ludzki wysiłek i zdrowie. Ludziom płacono za tę niewolniczą pracę bardzo mało, ale przecież i to były pieniądze, które zostały wyrzucone w błoto. Bałagan i niekompetencja panowała wszędzie, nawet nie potrafiono wywieźć gotowego drewna. Podejrzewam, że ważniejszą sprawą było przetransportowanie tysięcy aresztowanych ludzi na Syberię i do łagrów, a drewno mogło jeszcze poczekać bo nie było politycznie aktywne i nie zagrażało władzy radzieckiej. Machina terroru i represji działała ze zdwojoną siłą, nocne aresztowania i wywózki całych rodzin trwały bez przerwy. Więzienia i przystosowane areszty były przepełnione, bo pociągi nie nadążały wywozić skazańców Przez okres 1939 -41 roku, wywieziono na Syberię i do Kazachstanu około 1 miliona ludzi. Nasi oficerowie Krasnoj Armii, bawili się beztrosko ze swoimi żonami i dziećmi. Politruk Iwanow, opowiadał mi o swoim życiu. Pochodził ze wsi gdzie w czasie rewolucji tyfus wykosił ponad połowę ludzi i pamiętał, że wiele domów było pustych w których coś straszyło. Opowiadał, że na wzgórku, w środku wsi była opuszczona chata, a w tej chacie czasami wieczorami lub nocą palił się w oknie ogień. Ludzie bali się wchodzić do tej chaty, aż w końcu znalazł się śmiałek, który postanowił sprawdzić co to straszy. Okazało się, że w oknie była pęknięta szyba, a kiedy księżyc świecił na to pęknięcie szyby, światło księżyca się rozpraszało i robiło takie wrażenie, a głupi naród myślał, że to kara Boża. Dużo jeszcze opowiadał o swoich przeżyciach, ale tego już nie pamiętam.
Oficerowie bardzo chwalili się swoimi fotografiami, jak we wrześniu 1939 roku bratali się z Niemcami. Roześmiani od ucha do ucha, trzymali się za ręce i deptali naszego Białego Orła, mówiąc: "Ta wasza biała gęś już zdechła na zawsze". Iwanow miał też wątpliwości i po cichu mi mówił, że Germańcom to tak do końca nie można wierzyć i że wojna z nimi w dalszej perspektywie jest nieunikniona. W szczerości powiedział, że my narazie jesteśmy za słabi technicznie i aprowizacyjnie. Nam trzeba jeszcze 10 lat spokoju by z nimi powalczyć. Gdyby Niemcy uderzyli na nas teraz, to było by z nami krucho. Faktycznie Stalin panicznie bał się ataku niemieckiego i robił wszystko by się Niemcom przypodobać. Brakowało chleba na wyżywienie własnego narodu, a do Niemiec wysyłali całe pociągi pszenicy i żywności. Stalin nie wierzył, że Hitler złamie zawarty pakt o nieagresji na 10 lat, przy okazji czwartego rozbioru Polski.
Słowa politruka Iwanowa sprawdziły się w niedalekiej przyszłości. Po srogiej zimie, jak zwykle nastała piękna ciepła i sucha wiosna, a także pogodne i ciepłe lato.
W dniu 10 maja 1940 roku Niemcy w sposób zdradziecki uderzyli na Francję. Obeszli od północnego wschodu, przez Belgię linię Maginotta i w ciągu dwóch tygodni, bez większego wysiłku i strat pokonali Francuzów. Jedna z najlepiej zorganizowanych armii świata, rozsypała się błyskawicznie. Hitler tryumfował, bo nawet wbrew przewidywaniom sztabu Generalnego OKW, Francja została pokonana zbyt łatwo. Iwanow, początkowo cieszył się, że jego sojusznik odnosi takie sukcesy militarne, bo już Hitler miał w swoich łapach całą Europę zachodnią i środkową. Potem był zatrwożony ze zbyt szybkiego i łatwego pokonania Francji i zawładnięcia jej gospodarką. W nocy 16 czerwca 1940 roku zrobiło się niespodziewanie wielkie zamieszanie w naszym domu. Komandirów z politrukiem Iwanowem zerwano z łóżek i biegiem polecieli do Mesztowicz do swojej jednostki. Byli tam do wieczora, wrócili do domu, żeby pożegnać się z rodzinami. Kobiety zaczęły płakać i lamentować, ale oficerowie uspakajali je, pożegnali się i szybko pobiegli do Mesztowicz. W niedługim czasie zawarczały silniki czołgów i cała jednostka udała się w kierunku zachodnim. Kiedy umilkł hałas motorów, żony oficerów rozpłakały się na dobre. Moja Tosia zaczęła je pocieszać mówiąc, że to jednostka wyruszyła na manewry i że po dłuższych ćwiczeniach wrócą żywi i zdrowi do domu. Babuszka powiedziała jednak coś innego, że to nie manewry, a to rzeczywista wojna i że czołgi pojechały na Litwę, Łotwę i Estonię. Okazało się jednak, że dwaj rabusie poszli na dalszą grabież: jeden zagarnął Francję, drugi kraje Nadbałtyckie. Co prawda Francja to był większy i smaczniejszy kąsek, niż Litwa, Łotwa i Estonia razem wzięte, ale temu sowieckiemu rabusiowi i to się przydało, bo dobra psu i mucha. Rzeczywiście ryzyko było żadne, bo ogromne hordy sowieckie, bez wypowiedzenia wojny otoczyły ze wszystkich stron małe państewka i w jednym dniu opanowały je. Po tej wyprawie jednostka z wielką pompą jako zwycięzca i ze znacznymi łupami wróciła na poprzednie miejsce zakwaterowania. Każdy z nich miał po kilka zegarków męskich i damskich, kilka par damskich pantofli i każdy po parę kuponów materiałów ubraniowych i damskich "koftoczek" (bluzeczki),i wiele innych drobiazgów. Z tej wyprawy wszyscy byli zadowoleni, oficerowie ze zwycięstwa i łupów i ich żony, bo mężowie powrócili cali i zdrowi. A tymczasem jechały pociągi na zachód z pszenicą do Niemiec, a na wschód na Syberię z nowymi ofiarami terroru. W tym czasie aresztowali pana Pawła Wilmusa, ojca drugiej żony Olka Kucharczyka i jej siostrę Martę nauczycielkę oraz drugą siostrę Onacką z dziećmi i wszystkich wywieźli do Kazachstanu. Pan Wilmus i jego córka Marta z tej podróży już nigdy nie wrócili, natomiast w Kazachstanie przetrwała Onacka z dziećmi i wróciła do Polski na Ziemie Zachodnie, zginął jednak jej mąż pan Onacki. W tym samym czasie aresztowali Talecką, moją kuzynkę u której mieszkałem w Wołkowysku, za to że powiedziała oprawcom w oczy, że są złodziejami, rabusiami i oszustami. I ona też zostawiła swoje kości na stepach syberyjskich. Zaraz na początku wywózek wywieziono też Stefcię Skorobohatą wraz z kilkoma dziećmi, która była żoną osadnika wojskowego Adama Spałki. Dwie starsze córki Spałków były w tym czasie w szkole w Wołkowysku, więc zabrano je ze szkoły i również wywieziono, ale nie razem z rodzicami. Dziewczęta po pół roku cudem odnalazły rodziców, a w czasie organizowania się Armii Andersa cała rodzina wywędrowała do Teheranu i dziewczęta pracowały tam w lotnictwie RAF-u.
W Teheranie zmarła na tyfus Stefcia zostawiając dwoje dzieci na łasce losu, a właściwie w zorganizowanym tam sierocińcu, bo Adam Spałka wraz ze starszym synem Romualdem był w Polskim Wojsku. Razem z Armią Andersa brał udział w bitwie o Monte Cassino. Po wojnie Adam Spałka osiedlił się w Ameryce, zaś jego syn Romuald w Argentynie i ożenił się z Hiszpanką. Jedna z córek Spałków, Helena, wyszła za mąż za Szwajcara i mieszkała w Afryce w Rodezji. Druga córka, Marysia wyszła za mąż za Polaka i zamieszkała w Anglii. Dwaj najmłodsi synowie Adama zamieszkali również w Anglii - jeden został oficerem w marynarce wojennej, drugi zdobył wykształcenie inżyniera. Na przykładzie rodziny Spałków można zobaczyć jak wojna oderwała ludzi od swoich siedzib i rozrzuciła po całym świecie. Tak wiele ludzi wtedy zostało wysiedlonych, że nie sposób o tym pamiętać. Były to okrutne czasy. Ludzie nawzajem informowali się o aresztowaniach i kto tylko mógł wyjechać albo zmienić miejsce zamieszkania szybko korzystał z tych możliwości. Władze Sowieckie na terenach okupowanych zaczęły organizować kołchozy, zmuszać niby to dobrowolnie ludzi do wstępowania do tych kołchozów, co wielu gospodarzom, a nawet zaangażowanym aktywistom nie odpowiadało. Nieposłuszeństwo w tej sprawie groziło wywózką na Syberię. Był to dobrowolny przymus, więc co przezorniejsi starali się zająć kierownicze i nadzorcze stanowiska, byle nie być zwykłym kołchoźnikiem.
W miastach brakowało żywności, a nawet chleba. Przed piekarniami ustawiały się długie kolejki już od północy. Z zasady chleba wystarczało tylko dla połowy kolejkowiczów, a reszta wracała do domu bez chleba. Widmo głodu obejmowało stopniowo miasta i wsie. W miastach życie zamierało, ulice pustoszały, a większość sklepów była pozamykana. Po pustych ulicach przechodził czasami sowiecki "kamandir" lub zgłodniały człowiek.
Na życzenia miejscowych władz została "wybrana" delegacja "Do Wierchownoho Sowieta" (Rady Najwyższej ZSRR), żeby ziemie zagrabione od Polski przyłączyć do Sowietów, jako "Zapadniaja Białoruś" (Zachodnia Białoruś). Ta delegacja z wielką pompą pojechała do Moskwy w tej sprawie. Podobno sam Stalin przyjął tą delegację. Po odegraniu tej komedii zarządzono głosowanie na posłów do Sowieckiej Republiki Białoruskiej. Obowiązywała jedna lista, na której byli wystawieni kandydaci. Pierwszy raz w życiu widziałem taka farsę wyborczą. Głosowanie nie było obowiązkowe, ale biada temu kto by nie poszedł zagłosować, na pewno jako pierwszy był by na liście do zsyłki na Sybir. Każdy z głosujących dostał jedną kartkę z nazwiskami kandydatów na posłów, z której mógł kogoś skreślić, ale to też było nie mile widziane, bo najlepiej było wrzucać kartki bez skreśleń. W lokalu wyborczym była kabina z kotarą do "tajnych" skreśleń, każdy kto wszedł do tej kabiny był politycznie podejrzany, bo coś tam majstrował i też był odnotowany jako wróg Sowietów i był surowo przy najbliższej okazji potraktowany przez władze. Ludzie już się poznali na tym strasznym systemie władzy i omijali tę kabinę jak zaczarowaną, bo była to swego rodzaju pułapka. Ponieważ nikt do tej kabiny nie wchodził, to głosowanie wypadło bardzo pozytywnie, a lojalność wobec autorów farsy była 100%. Z poza tej listy nie można było wybrać innych ludzi, więc z naszego rejonu została wybrana jakaś kobieta, analfabetka Maria Czyżyk ze wsi Zadworze i Komandir Ponomarenko.
W taki sam sposób zorganizowali wybory na Litwie, Łotwie i Estonii, a wybrani posłowie (deputaty), "wypełniając wolę narodu", natychmiast i z pełną pompą pojechali do "wodza wszechczasów" Stalina, z prośbą o przyłączenie ich do Związku Radzieckiego. Na terenie Łotwy i Estonii, było sporo Niemców osiadłych w XII i XIII wieku. Byli to przeważnie właściciele dużych majątków ziemskich, bankierzy, przemysłowcy i kupcy, a więc elita niepożądana władzy bolszewickiej. Tych Sowieci nie aresztowali i nie wywozili na Syberię, ale na mocy traktatu z sierpnia 1939 roku, umożliwiali wyjazd do Niemiec, za pełnym odszkodowaniem. Podobnie postępowali z Niemcami, którzy byli na naszym terenie. Na tej podstawie wyjechało dużo autentycznych Niemców, ale i przy tej okazji załapało się sporo ryzykantów, którzy za wszelką cenę pragnęli opuścić sowiecki "dobrobyt”. W tej liczbie znalazł się mój kolega Jachimowicz, bo jego żona miała niemieckie nazwisko. Miejscowi Niemcy, którzy mnie znali, proponowali ,bym zabrał swoją rodzinę i razem z nimi wyjechał do Niemiec. Uznałem jednak, że będąc Polakiem, moje miejsce jest tu i zostałem. Czy wówczas dobrze zrobiłem, do dziś nie mam na to odpowiedzi?


Podziel się
oceń
0
1

Skomentuj ten artykuł (6) | dodaj komentarz

Wspomnienia Jana Wileńca cz. IV

poniedziałek, 17 czerwca 2013 23:35

To tylko kilka przypadków które pamiętam. O tych zbrodniach nie mówiono publicznie i nie pisano po wojnie w czasopismach, bo starano się puścić je w niepamięć, by nie kompromitować władz "wyzwolicieli". Tych gwałtów na niewinnych ludziach dokonywano pod osłoną nocy, znienacka, tak jak napadają sowy na gniazda małych piskląt, albo jak wilki wdzierają się do owczarni. Wkrótce zaczęła działać nowa władza, która przybyła za wojskiem i obejmowała wszystkie stanowiska, w aparacie administracyjnym finansowym i gospodarczym. Władze okupacyjne ustanowiły Milicję i Władze Bezpieczeństwa czyli, NKWD (Narodnyj Kamisariat Wnutrennych Dzieł) (Narodowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) i NKGB (Narodnyj Kamisariat Gosudarstwiennoj Bezapasnosti) (Narodowy Komisariat Państwowego Bezpieczeństwa). Te ostatnie dwie instytucje, o charakterze represyjnym, były precyzyjnie zorganizowane i miały już ponad 20-letnią praktykę. Były one utworzone przez Feliksa Dzierżyńskiego, jeszcze na początku rewolucji i swój początek wzięły ze słynnej Czrezyczajki. Obie te instytucje w początkowym okresie aneksji nie dawały o sobie znaku życia, ale po cichu, przy pomocy wywiadu i miejscowych bolszewików sporządzały listy osób, których należało aresztować lub izolować. Na tych "czarnych listach" figurowała miejscowa inteligencja polska, jak ziemianie, leśnicy, nauczyciele, sędziowie, osadnicy wojskowi, pracownicy administracji państwowej i inni. Tak sprawny aparat sowieckiej represji, który miał już wieloletnie doświadczenia, bez większych trudności i w krótkim czasie sporządził wykazy niebezpiecznych dla sowieckiej władzy ludzi i przystąpił do szeroko zakrojonej akcji likwidacyjnej. Nastąpiły liczne aresztowania i w tej grupie znalazł się mój stryjeczny brat Michał Wileniec, który w konsekwencji zginął bez wieści. Wśród aresztowanych znaleźli się również moi znajomi jak Bochwitz, Władyczański, Siehieniowie Przemysław i Tadeusz, Dzikowski, Bychowiec, i wielu. wielu innych, o których nic nie było można dowiedzieć się. Wszyscy aresztowani przewiezieni zostali do Wołkowyska, a potem ślad po nich zaginął, bo Syberia jest wielka.
Rozwiązaniu uległo też PZUW i to nawet w dość ciekawy sposób. Pewnego dnia zjawił się w Inspektoracie Powiatowym komisarz, który zaproponował nam, że może kto chce być inspektorem powiatowym to niech się teraz zgłosi i nim zostanie. Nie było chętnych. Komisarz był zaskoczony bo liczył, że będzie kilku kandydatów i on z nich wybierze inspektora. Tymczasem nie było nikogo. Po kilku dniach około godziny dziewiątej zjawił się ten sam komisarz i oświadczył nam, że po godz.11-tej wszyscy będziemy zwolnieni z pracy. Było to czymś niespotykanym dla tych co nie znali władz sowieckich, że w tak brutalny sposób można rozwiązać instytucję i pozbyć się pracowników. Dla mnie to nie było zaskoczenie, bo dobrze znałem bolszewickie metody nie liczenia się z ludźmi. Kilku z naszych pracowników których jedynym środkiem egzystencji była praca w PZUW i w dodatku nie znali języka rosyjskiego, sytuacja okazała się bez wyjścia. Oni zapytali komisarza co będą robić bo, nie mają środków na utrzymanie, a on powiedział: "Wy sobie szukajcie pracy w innych instytucjach". Był to sposób praktykowany w Rosji Sowieckiej bardzo szeroko, bo pracownika tej samej instytucji przerzucano znienacka z jednej miejscowości do drugiej oddalonej od siebie o kilkaset a nawet kilka tysięcy kilometrów. U nich na porządku dziennym było, że szef z zegarkiem w ręku mówił do podwładnego, że jest przeniesiony na przykład z Archangielska do Władywostoku, a jego pociąg odchodzi za trzy godziny, więc ma dostateczną ilość czasu na odpoczynek i przygotowanie się do wyjazdu. I rzeczywiście to było możliwe, bo pracownik miał tylko to co na sobie, więc do walizki musiał zapakować koc, prześcieradło, poduszkę i coś z żywności. Tak wyglądał ekwipunek urzędnika do podróży na nowe miejsce pracy. Tłumaczono nam, że Związek Radziecki zmierza do rzeczywistego komunizmu, który będzie wyglądać w ten sposób, że majątek każdego obywatela będzie mieścić się w jednej walizce. Nie powinien posiadać żadnych mebli, bo każde mieszkanie będzie umeblowane do jego potrzeb, i dlatego kwestia przeniesienia pracownika z jednego miejsca na drugie miejsce pracy nie będzie stwarzać żadnych kłopotów. Tych umeblowanych mieszkań nie było, a przenoszony pracownik musiał jechać bez żadnych skrupułów i rzeczywiście tylko z jedną walizką, bo faktycznie to rzeczy osobistych w tym czasie niewiele miał. Zanim nasi pracownicy zlikwidowanego Inspektoratu PZUW znaleźli jakąś pracę, musieli dość długo żyć, jak to wówczas się mówiło własnym przemysłem. Każdy kombinował jak mógł żeby przeżyć, tu zahandlował, tam coś przemycił, albo ukradł władzy sowieckiej.
(…) Zaraz po wejściu bolszewików, ale zanim nas zwolniono z pracy dość często bywałem w domu, bo bałem się napadów rabunkowych na mój dom. Dowiedziałem się, że jacyś aktywiści sowieccy na drugi dzień okupacji wpadli do Żabek, zrobili szczegółową rewizję w domu i budynkach gospodarczych, porozrzucali wszystko, papiery, książki, bieliznę i ubrania. Bardzo byli zdziwieni, że tak mało mam bielizny i ubrań, a przecież jako urzędnik powinienem mieć więcej odzieży i na to liczyli, że się u nas obłowią.
Po nich przyszli inni zabierać, krowy konie i zboże. Był taki incydent, kiedy przyszli zabierać konie i krowy, to do nich wyszedł mój ojciec i pokazał gdzie stała jedna krowa i jeden koń i powiedział, że jest to inwentarz i zboże dzierżawców ze wsi Tałałajki, a on tu tylko pilnuje i mieszka i nic nie posiada, bo jest zwykłym fornalem z majątku Mesztowicze. Aktywiści popatrzyli na siebie, pokiwali głowami jakby się nad ojcem litowali i sobie poszli. W taki sposób zaoszczędziliśmy sobie zdrowia i nerwów, bo udało się uniknąć grabieży naszego własnego mienia. Dzierżawa była jakby przez pana Boga nadana, bo dzierżawcy na tej transakcji zrobili niezły interes, nam należne zboże za dzierżawę oddali, więc byliśmy zabezpieczeni na zimę od głodu.
Jeszcze przed naszym zwolnieniem z pracy, ja, Jachimowicz i Soroka sprzedaliśmy nasze motocykle komisarzowi Lichaczowowi za złotówki. Ja dostałem za swego "Sokoła" trzy tysiące złotych. Za parę dni złotówki przestały istnieć i w taki podły sposób towarzysz Lichaczow nas załatwił. Była to metoda szeroko stosowana przez funkcjonariuszy aparatu bolszewickiego. Tego typu praktyki niekiedy dochodziły do NKGB i sprawcy jak nie mieli dobrych układów z NKGB to byli karani. Podobno za ten czyn miał odpowiadać nasz złoczyńca Lichaczow, bo dostałem wezwanie do komisariatu NKGB w Wołkowysku w sprawie sprzedaży mojego motocykla i musiałem w tej sprawie złożyć własnoręczne oświadczenie, że sprzedałem mu swój motocykl i za jakie pieniądze. Mój "Sokół" spalił się w czasie wojny z Niemcami w 1941 roku. Co stało się z Lichaczowem nie wiem, ale żadnych pieniędzy też nie dostałem. Soroka jakoś przedostał się przez granicę pod okupację niemiecką i tam za te pieniądze kupił jakieś materiały na ubrania, buty i inne rzeczy. Miał kłopoty przy przekraczaniu granicy, ale dopiął swego, natomiast ja zostałem oszukany i nie chciałem ryzykować życia za te kilka złotych. Jak analizowaliśmy nasze położenie po sowieckiej agresji na Polskę, przypomniałem ojcu, że źle zrobił nie kupując dolarów, albo złota, a pieniądze trzymał w domu i znowu wszystko diabli wzięli. W tym samym czasie przyjechał do nas Żyd, szmaciarz i oferował nam kupno skóry na podeszwy po jednej złotówce za dekagram, przed wojną ta sama ilość kosztowała sześć groszy za dkg. Tosia chciała kupić chociaż kilka sztuk podeszew, ale ojciec nie zgodził się bo to za drogo, a za kilka dni nie było ani skóry ani złotówek, które zlikwidowali. (…)
Aresztowania Polaków trwały bez przerwy. Po pierwszych masowych aresztowaniach wyłuskiwano tych, którzy się zdołali ukryć. Wśród tych nieszczęśników znaleźli się, dziedzic Brajczewski, który swój majątek porzucił i ukrył się u znajomego Żyda, ale go i tam dopadli. Aresztowali też Leona Popławskiego z Pacewicz, który mieszkał w Wołkowysku. Podczas aresztowania zapytali go NKWD-ziści: "Ty pamieszczik?” (Ty właściciel ziemski ?), a on odpowiedział: "Kakoj ja pamieszczik, wied ja imienia nie imieju". A, Pacewiczi wied twoi". "Pacewiczi nie moi, ja dawno je propił", "Ach tak, to idi ty s....synu" dostał silnego kopniaka w tyłek i wyrzucili go na ulicę i w ten sposób ocalał. Dialog ten brzmiał mniej więcej tak: " Ty właściciel ziemski ?" "Jaki ja właściciel ziemski, kiedy nie mam ziemi", "A majątek Pacewicze są przecież twoje?", "Pacewicze nie są moje, ja je dawno już przepiłem". " Ach tak. To idź ty taki....synu".
Aresztowania musieli trochę ograniczyć, bo więzienia były przepełnione, a z przypadkowych aresztów dużo ludzi uciekało i przedzierało się na stronę niemiecką, chociaż i tam nie było bezpieczniej.
Aparat NKWD i NKGB działał jak na warunki sowieckie bardzo sprawnie. Instytucje te u nas nie były znane, bo powołano je w Sowietach po 1919 roku, już po moim powrocie z Rosji. Wówczas działała tam "Czrezwyczajka" kierowana przez F. Dzierżyńskiego, który z pochodzenia był polskim szlachcicem z wileńszczyzny. Była to straszna instytucja o charakterze represyjnym. Skupiała cały aparat ucisku, wywiad i kontrwywiad polityczny, wojskowy i gospodarczy. NKGB, była organizacją bardzo skrytą o szeroko rozbudowanej sieci konfidentów. Metodą ich było jakby uśpienie swojej ofiary i przy tej okazji wyśledzenie z kim ona się kontaktuje, sporządzenie dokładnej dokumentacji i potem bez żadnego uprzedzenia, najczęściej w nocy napaść na swoją ofiarę, związać jej ręce drutem kolczastym, by przysporzyć cierpienia fizycznego i moralnego a potem wywieźć za Ural tam gdzie tylko niebo i ziemia. Kiedy otrzymałem wezwanie by stawić się w NKGB w Wołkowysku, pewna starsza kobieta, matka żony jednego z oprawców, nazywano ją babuszką, powiedziała mi: "Iwan Michajłowicz, no płocho z Wami, kak NKGB wzywajet to płocho" (Iwanie Michajłowiczu źle z Wami, jak NKGB wzywa to jest już źle.) Ona dobrze pamiętała czasy carskie, robiła wrażenia inteligentnej kobiety i religijnej. Na pewno wiele ludzkiej krzywdy widziała w czasie rewolucji bolszewickiej i chyba z litości, że mam małe dzieci powiedziała, że kto jest wzywany przez NKGB, to przeważnie do swojego domu już nie wraca.
W powiadomieniu nie było podane w jakim celu mnie wzywają, ale mając na uwadze ostrzeżenie babuszki byłem przerażony co oni ode mnie chcą. Tosia jak jej powiedziałem o przestrodze babuszki, wpadła w panikę i postanowiła, że pojedziemy razem do Wołkowyska. Przyjechaliśmy przestraszeni i głodni, więc zaproponowałem, żeby coś zjeść w restauracji. Jak ta restauracja wyglądała, to się nie da tego opisać, wszędzie było niesamowicie brudno i cuchnęło alkoholem i piwem. Stoliki i podłoga były tak brudne, że dosłownie się lepiły do klientów. Posiłki zamawiało się w bufecie i przynosiło samemu do stolika. Za bufetem rządziła opasła ruska baba, jakiej dawno nie widziałem. Jadłospis składał się z talerza zupy warzywnej i nieokraszonej oraz pajdy razowego wilgotnego chleba. Po obejrzeniu tej speluny i jadłospisu straciłem ochotę do jedzenia, ale Tosia powiedziała, że należy coś zjeść, bo jesteśmy głodni i nie wiadomo kiedy będzie następny posiłek. Były to takie czasy, że każdy mógł się spodziewać czegoś najgorszego. Zjedliśmy tę zupę z chlebem, dobrze że była gorąca. Zupę jedliśmy drewnianymi dużymi i szorstkimi łyżkami. Trzeba było uważać by nie pokaleczyć sobie ust. Zupa mnie ogrzała i jakoś lepiej się poczułem. Po posiłku udaliśmy się do biura NKGB. Po drodze Tosia odmówiła pacierze, bo bała się o mój los. Po wejściu do NKGB musiałem poczekać na swoją kolejkę. Przy drzwiach wejściowych nie było uzbrojonej straży. Czekałem dość długo zanim mnie wezwano. Komisarz najpierw dokładnie sprawdził moje dokumenty, ustalił tożsamość i potem zapytał gdzie jest mój motocykl? Powiedziałem zgodnie z prawdą, że sprzedałem go towarzyszowi Lichaczowowi za trzy tysiące złotych, następnie zapytał czy wiem kto mu jeszcze sprzedał motocykl, powiedziałem, że Jachimowicz i Soroka, jeszcze o coś pytał, ale z tego wrażenia nie pamiętam. W końcu kazał mi napisać oświadczenie, że Lichaczowowi sprzedałem motocykl za trzy tysiące złotych. Zapytał mnie co ja teraz robię? Powiedziałem mu, że zostałem zwolniony z PZUW, obecnie jestem chory, ale jak wyzdrowieję to postaram się gdzieś pracować. Na tym zakończyło się przesłuchanie i zostałem zwolniony do domu. Po wyjściu z tego przybytku, zauważyłem z daleka zmarzniętą Tosię, która na mój widok aż zapiszczała z radości i wpadła mi w ramiona, a ja ją mocno przytuliłem do siebie. Babuszka też bardzo się ucieszyła, że szczęśliwie wróciliśmy do domu i zapytała po co mnie wzywali. Opowiedziałem jej o co chodziło, to ona powiedziała: "Ty miałeś szczęście, bo jakby oni coś u ciebie znaleźli do czego można było by się przyczepić to byś już siedział w więzieniu. Pilnuj się mój synku, bo oni za byle co Polaków aresztują i wywożą na Syberię".
Znowu nastały te podłe czasy, o których w ciągu dwudziestu lat już zdążyłem zapomnieć. Nastały długie jesienne i zimowe noce, pełne trwogi i niepewności, że w każdej chwili mogą człowieka aresztować i zakatować na śmierć. Dla tych oprawców życie ludzkie nic nie było warte. Za byle głupstwo, za nie takie spojrzenie na "władcę życia i śmierci" można było trafić za kratki i być przesłuchiwanym bez końca, tak długo aż się człowiek sam przyzna do tego, czego oni od ciebie wymagają.
Mój stryjeczny szwagier Sójka, był komendantem posterunku policji w Krzemienicy, ale zaraz po napaści Sowietów przeniósł się do Izabelina i zamieszkał u swojej teściowej. Pewnego dnia pojechał na targ do Wołkowyska, by kupić kozę. Widocznie, któryś z konfidentów, których było pełno doniósł do NKWD i tam go aresztowano. Długo czekała rodzina na powrót, męża, ojca i zięcia, który już nigdy nie wrócił do domu, a jego kości gdzieś tam na Syberii czekają na sąd ostateczny. Za kilka dni bandyci z NKWD, w nocy zabrali całą rodzinę razem z 75 letnią teściową, jego żoną chorą na gruźlicę i dwojgiem małych nieletnich dzieci. Nikt nie wrócił z tej "wycieczki", wszyscy złożyli swoje kości, gdzieś na dalekiej, nieludzkiej ziemi, nawet nie mają swoich nagrobków i bezimiennych mogił, ich ciała zakopano jak zwierzęta, a może i nie zakopano bo ziemia była zmarznięta, a ciała pożarły dzikie zwierzęta. Drugi mój szwagier Kuśmierek, też był komendantem policji w Świsłoczy, ale ten postąpił inaczej, bo jak tylko Sowieci wkroczyli zabrał rodzinę i przeniósł się pod okupację niemiecką i tam przetrwał wojnę. Zdarzały się różne tragiczne sytuacje. Któregoś dnia przyszli panowie z NKWD do mojego znajomego technika szacunkowego, Ksawerego Klencnera, który był w czasie wojny bolszewickiej oficerem Wojska Polskiego i brał czynny udział w tej wojnie. Nosił zawsze przy sobie pistolet, więc jak przyszli go aresztować, on wyciągnął pistolet, kilku zbirów zastrzelił, ale nie zauważył, że jeden z nich zaszedł go z tyłu i strzelił mu śmiertelnie w plecy. W takiej sytuacji jedynym wyjściem była śmierć.
Nadszedł październik, 22 rocznica rewolucji bolszewickiej, każdy kto żyw musiał być na wiecu w Międzyrzeczu, na którym dowiedział się jaka wspaniała jest władza radziecka, bo stanęła w obronie narodu białoruskiego przed polskimi panami i niemieckim zaborcą. Mówili, że cały świat jest w ogniu wojny, a w ZSRR jest spokój, którego nikt nie naruszy. Wychwalali pod niebiosa ład i porządek jaki przyniosła na wyzwolone tereny Białorusi władza radziecka. Człowieka szlag trafiał słuchając tych bredni i kłamstw i ogarniał pusty śmiech. (…) Gospodarstwo moje jak na owe czasy miałem dość uzbrojone w technikę, chociaż mój ojciec był zdecydowanym tradycjonalistą i sprzeciwiał się nowościom. Miałem dobrą młocarnię i czterokonny kierat silnej konstrukcji. Pewnego dnia przyszli z "Sielsowieta" (to taka sowiecka organizacja rolna) pożyczyć ten kierat na dwa tygodnie. Co miałem robić, odmówić nie mogłem bo jeszcze by mnie aresztowali i oskarżyli o sabotaż, więc pożyczyłem i pozostała mi tylko kartka. Minęło już kilka tygodni a kieratu nie ma, a moi dzierżawcy chcieli młócić zboże. Czekałem, aż wreszcie pojechałem do majątku Dziergiele do "predsiedatiela" (wójta), z prośbą o zwrot pożyczonego kieratu, ten zażądał jakiegoś dokumentu, więc podałem mu pokwitowanie, a ten drań podarł tę kartkę na moich oczach i wrzucił do śmietnika i w ten sposób pozbyłem się kieratu. Co miałem robić, nad tym draniem żadnej władzy nie było, a ja nie miałem żadnego dokumentu, że to był mój kierat, więc z niczym przyszedłem do domu. Efekt był taki, że dzierżawcy młócili zboże cepami a sieczkarnię napędzało się ręcznie. Kierat co prawda odzyskałem, kiedy przyszedł drugi okupant - Niemcy.
Było to tak. Pan Czesław Laudański ożenił się z panną z Dereczyna i przy Niemcach został tam wójtem. Kiedyś w niedzielę spotkałem się z nim przy kościele, pogadaliśmy na różne tematy i między innymi powiedział mi, że mój kierat znalazł się w jego gminie i jak chcę to mogę go sobie zabrać. Powiedziałem mu, że chętnie to zrobię, a on powiedział, że da mi pismo na wydanie, tylko muszę mieć swój transport. Zaprzęgłem konia do niskiego wózka - platformy i pojechałem do pana Czesława, poznałem jego żonę, zjadłem obiad i z dokumentem z gminy pojechałem pod wskazany adres. Posiadaczem mojego kieratu był potężny białoruski chłop, z długą jak pop brodą i włosami ostrzyżonymi na "piasta". Chłop początkowo upierał się, później chciał go odkupić, a w końcu oddał go i pomógł mi kierat załadować na moją platforemkę i pojechałem do domu. Z tym chłopem spotkałem się jeszcze raz, ale w znacznie gorszych okolicznościach. Było to 1945 roku w Mińsku, kiedy jako więźniowie (tzw. niebezpieczny i wrogi element) jechaliśmy na "Białe niedźwiedzie".
Jechałem z tym kieratem warszawską szosą przez most na Zelwiance w kierunku Stołpców. Na drodze spotkałem niemiecką wojskową kolumnę samochodową. Były to wszystko nowe wielkie samochody wojskowe, szczelnie oplandekowane i pomalowane w kolorze szaro - zielonym. W tych samochodach wiozących żołnierzy tylne klapy były otwarte i można było zobaczyć siedzących po obu stronach żołnierzy. Co jakiś czas samochód ciągnął za sobą kuchnię polową. Kierowcy jechali w rozpiętych koszulach z podwiniętymi rękawami i zmierzali na wschód. Byli to młodzi mężczyźni, dobrze odżywieni w czystych nowych mundurach. Długo czekałem aż ta kolumna przetoczy się, bo musiałem pokonać most na Zelwiance, by pojechać w kierunku Chołstowa i dalej do domu. Ale w tym opowiadaniu wybiegłem nieco do przodu, narazie jeszcze trwała u nas okupacja sowiecka.


Podziel się
oceń
0
0

Skomentuj ten artykuł (8) | dodaj komentarz

Wspomnienia Jana Wileńca cz. III.

poniedziałek, 17 czerwca 2013 23:33

Sklepy z cenniejszymi towarami Sowieci z miejsca pozamykali, opieczętowali i jako konfiskata razem z właścicielami powędrowały na wschód, jako zdobycze wojenne, a właściciele trafili do licznych lagrów rozsianych po bezkresach nieludzkiej ziemi.
Dwaj synowie mojego brata stryjecznego Michała z Popierecznej, Stanisław i Mieczysław , którzy uczyli się w gimnazjum w Wołkowysku, przyszli do mnie i oznajmili, że opuszczają Polskę i chcą przedostać się na zachód, a rodzice i reszta rodziny pozostają na miejscu. Byli jeszcze niepełnoletni, ale dobrze rozwinięci fizycznie. Po wojnie jeden z nich, znalazł się w Kanadzie, drugi w Szwajcarii i tam zostali zapewne na zawsze.*
[*przyp. red. Z przekazów rodzinnych wiadomo, że Stanisław Wileniec w czasie wojny służył w RAF, był lotnikiem i odszedł do cywila w randze kapitana. Po wojnie osiedlił się w USA, skończył studia techniczne, ożenił się z Polką Urszulą, miał córkę Krystynę i zmarł w 1989. Natomiast Mieczysław Wileniec mieszkał w Kanadzie, był lekarzem medycyny, żoną jego była również Polka - Halina i zmarł w 1996 r. Pozostało w Kanadzie dwoje dzieci Mieczysława - syn Marek Wileniec i córka Anna.]
Wojska sowieckie przez dłuższy czas przegrupowywały się na zachód ku granicy z Niemcami. Po kilku miesiącach stopniowo sklepiki żydowskie wysprzedały wszystkie towary i zostały pozamykane. Nastał sowiecki "raj", nic nie można było kupić. Papierosy i alkohol były towarami strategicznymi, te artykuły można było wymienić na cukier i inne towary. Od czasu do czasu można było coś kupić, ale sprzedawano tyko jeden towar. Wówczas tworzyły się gigantyczne kolejki i można było kupić tylko jedną paczkę tytoniu lub papierosów i nic więcej. Jak sprzedawali solone śledzie to można było kupić dwie sztuki. Zwykle nie starczało dla wszystkich, bo niektórzy zawracali w kolejce kilka razy. Najgorzej było z chlebem, bo też obowiązywała kolejka, a chleba nie starczało dla wszystkich, więc często dochodziło nawet do rękoczynów. Za Armią Czerwoną pojawiły się żony komandirów i sowieckich urzędników okupacyjnych. Pewnego razu zobaczyłem kolejkę kobiet sowieckich z dzbankami, więc dyskretnie zapytałem co będą sprzedawać, a one odpowiedziały "gorczycu", to znaczy musztardę, a dlaczego macie takie duże dzbanki, no bo następna dostawa będzie dopiero za dwa lata. No, faktycznie w sowieckiej Rosji tak było. Kobiety sowieckie były nędznie ubrane, natomiast urzędnicy ubrani byli w wojskowe uniformy. Cywilne ubrania zakładali w wyjątkowych okazjach. Oto, jak wyglądała sowiecka Rosja po 22-dwu latach rządów bolszewików. W bezgranicznym trudzie budowali swoją "świetlaną przyszłość". Ci ludzie nawet chleba nie mieli pod dostatkiem. Sowieci po aneksji Polski szybko wprowadzili swoją administrację i urzędy, które obsadzali swoimi ludźmi.
U naszego znajomego Żyda Abrahama Pajkowicza zamieszkał sowiecki inspektor szkolny, który pewnego razu kładąc się spać, poprosił żonę o wypranie mu koszuli. Żona koszulę wyprała i powiesiła, ale do rana koszula nie wyschła i pod żelazkiem też nie wyschła, no i dramat, bo trzeba było iść do pracy a koszula mokra. Była ogromna awantura. Syn Abrahama chcąc rozładować awanturę, zaproponował Inspektorowi swoją czystą koszulę. Inspektor bardzo zdziwił się i zapytał, to ty masz więcej koszul? Odpowiedział mu, że ma jeszcze kilka koszul. To ty chyba handlujesz koszulami, powiedział inspektor, i usłyszał, że nie handluje koszulami, ale u nas każdy ma kilka zmian bielizny.
U mojego kolegi Soroki zamieszkał naczelnik "Finoddzieła" (działu finansowego),Tow. Lichaczow z żoną. Kiedyś żona Lichaczowa, zaczęła przeglądać szafę z garderobą pani Sorokowej i nie mogła nadziwić się jej zawartością, a było tam co oglądać, bo żona kolegi była elegancką kobietą i lubiła się modnie i elegancko ubierać. Zapytała, czy mogła by przymierzyć niektóre stroje, Sorokowa nie chcąc robić swojej szefowej przykrości zgodziła się i nawet pomogła jej się ubrać, a jak się ubrała to siadła przed lustrem i zaniemówiła z wrażenia, że ona też może tak ładnie wyglądać jak artystka teatralna. Podobno w Grodnie żony komandirów, poubierały się w jedwabne koszule nocne i tak zjawiły się w teatrze.
(…) Władze sowieckie zaraz po opanowaniu naszego terenu postanowiły wszystkie możliwe miejsca obsadzić swoim wojskiem. Właściciele majątku Mesztowicze, państwo Skirmunttowie wyjechali przed wojną do swoich posiadłości na Polesiu i tam w majątku Porzecze zostali zamordowani. Mesztowicze zaraz przejęła władza sowiecka i postanowiła zakwaterować oddział wojska, wysiedlając z majątku wszystkich fornali i cały personel pracujący i mieszkający w tych dobrach. Zarządzający Mesztowiczami ekonom pan Sokoliński z żoną i 6-ma córkami zamieszkał w opuszczonych Żabkach I, i mieszkał tam do końca wojny. (…) U nas w Żabkach zostały zakwaterowane trzy oficerskie rodziny. Oficerowie cały czas byli w swoich jednostkach, a ich żony z dziećmi były najczęściej w domu. Jak wszystkie kobiety sowieckie, były niegustownie ubrane i kiedy zobaczyły jak ubierają się Polki, też chciały ubierać się po europejsku. Moja Tosia okazała się dla nich dobrą doradczynią, radziła jak się mają ubierać i nawet szyła im sukienki i kostiumy, gdyż w młodości uczyła się krawiectwa. Sprzedawała im swoje pięknie wyszywane makatki, obrusy i serwetki. Właściwie nie sprzedawała, a zamieniała na cukier, którego nigdy nie jest za wiele w czasie wojny. Podczas debaty nad ubieraniem się, Tosia kilka razy wyraziła się, że przed wojną w Polsce można było kupić wszystko bez najmniejszego problemu, można było tanio i dobrze zjeść i ubrać się. Wszystkiego było pod dostatkiem, a niektórych towarów było nawet nadmiar. Bez żadnych kłopotów można było wyjechać za granicę, nawet do Ameryki. Pewnego razu podszedł do mnie jeden z komandirów i powiedział, żebym zabronił swojej żonie rozmawiać na takie tematy, bo możemy szybko wyjechać tam, gdzie wasza Polska będzie niewidoczna. Oficerowie, którzy mieszkali u nas należeli do pułku czołgów stacjonujących w Mesztowiczach.
Po agresji sowieckiej na Polskę, NKWD (Narodowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) natychmiast przystąpiło do likwidacji majątków i aresztowania ich właścicieli, raz konfiskaty inwentarza żywego i dóbr kultury, mebli itp. Proces likwidacji majątków ziemskich przebiegał różnie, tam gdzie chłopi chętnie grabili dobytek dworski, "nowa władza" wprost wpychała im do rąk krowy, świnie i inny zrabowany dobytek. Były co prawda nieliczne przypadki gdzie chłopi odmawiali przyjęcia "darów sowieckich". Nastąpiły czasy jak za rewolucji bolszewickiej w 1917 roku, po terenie grasowały różne bandy uzbrojone w broń i rabowały co się dało. Napady rabunkowe były codziennością i nikt nie wiedział kto to robi, czy NKWD, czy inni bandyci. Mieszkańcy tych terenów żyli pod strachem aresztowań i wywózek na Syberię lub do łagrów. Oprawcy bolszewiccy aresztowali w domu Jerzego Bołędzia, posła na sejm RP. Naumczyka, naczelnika stacji, księdza i popa z Zelwy i jeszcze kilka osób z inteligencji polskiej. Zawieźli ich do Urzędu Gminnego w Zelwie i w pokoju obok mieszkania sekretarza gminy Adama Wojtalczyka, zaczęli tych ludzi katować, tylko dlatego, że byli polska patriotyczną inteligencją. Oprawcy poobcinali uszy księdzu i popu, a na piersiach swych ofiar scyzorykami wycinali krzyże i żywcem zdzierali z nich skórę. Tak ich męczyli całą noc, a nad ranem wyprowadzili ich nago na podwórko i zastrzelili, a zmasakrowane zwłoki wywieźli za miasto i wrzucili do lejów po niemieckich bombach lotniczych.
We wsi Kościewicze mieszkał Antoni Konichowicz, który jeszcze przed I wojną wyjechał do USA, a kiedy powstała odrodzona Polska, powrócił do ojczyzny i mając trochę dolarów kupił sobie działkę z parcelacji majątku Iwaszkiewicze. Pobudował sobie dom i obiekty gospodarcze i dobrze gospodarzył uzyskując bardzo dobre wyniki w hodowli i płodach rolnych. Miał dobre konie, za które dostawał liczne nagrody. Mieszkał sobie na uboczu i nikomu nie przeszkadzał, podobno każdemu ustępował z drogi. Do niego w nocy przyszło trzech uzbrojonych zbirów, zrewidowali dom, ale nic nie zabrali, wyprowadzili biednego gospodarza nad rzeczkę i tam go zastrzelili i ciało wrzucili do strumyka. Kiedy mówiono o tych przypadkach "komisarom", to oni wzruszali ramionami i mówili: "Nu sztoż eto rewolucja ,eto jeść gniew naroda" (No cóż, to jest rewolucja, to jest gniew narodu).
W krzemienieckiej gminie, były dwie parafie, Krzemienicka i w Różownicy Wielkiej. W parafii Krzemienieckiej była mała wieś Zapolicze, w której mieszkali wyłącznie prawosławni chłopi, większość stanowili uciekinierzy z Rosji po 1917 roku. Być może kilku z nich może i było komunistami, ale na pewno nie byli to ideowcy, im bardziej odpowiadała w dosłownym znaczeniu tylko pierwsza część hasła bolszewickiego, "my staryj mir razruszim" (my stary świat rozwalimy), i to nie ideowo, a raczej rzeczowo. Innymi słowy, możemy się obłowić do syta cudzym mieniem. Wieś Zapolice była w szachownicy ze szlachtą (okolicą) Pławskich i grunty Pławskich były razem z gruntami z Zapolic. Tam były wieczne zatargi i waśnie z powodu umyślnego spasania upraw przez zawistnych Zapoliczan. Pławscy musieli stale pilnować swych pól, łapać pasące się na ich polach zwierzęta i potem się procesować. Pewnego razu ktoś z Pławskich złapał na swoim polu pasące się bydło i chciał zapędzić je do swojej zagrody, ale tego bydła pilnował jakiś potężnych rozmiarów miejscowy chłop, który jak zobaczył że jego krowy zapędza chłopak Pławskich, ruszył w jego kierunku i zaczął go doganiać, chłopiec widząc, co się święci, porzucił krowy i pobiegł do pobliskiej kolonii, wpadł zdyszany do domu sąsiada i tam się ukrył. Naprzeciw atakującemu wyszedł gospodarz domu i oświadczył, że nie wpuści go do mieszkania ponieważ nie życzy sobie bójki. Rozwścieczony chłop zauważył w oknie wyrostka, podskoczył do okna i zaczął je wyłamywać. Gospodarz miał w ręku karabin z uciętą lufą, wymierzył w niego i krzyknął: "Nie łam okna bo strzelam". Napastnik jednak wyrwał okno i wskoczył na parapet, w tym momencie padł strzał i napastnik upadł u nóg osłupiałego młodzieńca. Sprawa trafiła do Okręgowego Sądu w Grodnie. Sąd po przesłuchaniu świadków i zbadaniu wszystkich okoliczności, uniewinnił strzelającego, bo bronił własnego życia i mienia, ale został ukarany za nielegalne posiadanie broni. O takim wyroku sądu zdecydowała opinia biegłego, pana Mejsztowicza, który ocenił oskarżonego jako uczciwego obywatela, broniącego swego mienia. Mejsztowicz był właścicielem majątku w Rogoźnicy Wielkiej, była tam dobra ziemia i on był dobrym gospodarzem. Zabudowania dworskie były solidnie zbudowane i konserwowane, a służba była dobrze opłacana i żadnych zatargów sąsiedzkich nie miał. Charakter jednak miał podły, był szorstki i wyniosły, na sąsiadów ze wsi patrzył z góry i demonstracyjnie pokazywał swoją wyższość. Podczas wojny bolszewickiej, jak sam mi opowiadał, napadli na dwór w nocy jacyś bandyci, którzy ostrzelali dom mieszkalny, a ponieważ okiennice były zamknięte, więc nic nie widzieli co się działo w domu. Mejsztowicz swobodnie obserwował napastników przez szczeliny w okiennicach i w odpowiedniej chwili strzelił do bandytów raniąc jednego, który mimo rany uciekł. Po tym strzale złoczyńcy uciekli, prawdopodobnie zamierzali sterroryzować dziedzica, ale przeliczyli się. Na polach dziedzica było dużo olbrzymich kamieni, które on kazał zwozić do dworu i tam były ciosane z przeznaczeniem na budowę obory, ale ten zamiar przerwała I wojna. Po odzyskaniu niepodległości, jako dziękczynienie Bogu Wszechmogącemu za Wolną Ojczyznę te kamienie przeznaczył na budowę nowego kościoła w nowej parafii. Kościół został wzniesiony z tych kamieni i wyglądał jak średniowieczny zamek. Pierwszym proboszczem był ksiądz Biernacki. Był on także kapelanem wojskowym.
Kiedy w 1939 r. wkroczyli Bolszewicy, kilku bandytów z Zapolicz napadło na dom Mejsztowicza, porwali go i za ręce przywiązali do drabiniastego wozu zaprzęgniętego w parę koni, wsiedli do tego wozu i pognali konie ile sił. Dziedzic początkowo biegł, ale długo nie wytrzymał, upadł i dalej ciągnął się po ziemi. Był to człowiek już w podeszłym wieku, więc niedługo się męczył. Oprawcy widząc że ciągną zmasakrowanego trupa uwolnili jego ręce od przywiązanego wozu, a ciało wrzucili do przydrożnego rowu. Pani Mejsztowiczowa odnalazła zwłoki męża i pochowała je na cmentarzu obok wzniesionego przezeń kościoła i to też zaliczono do ofiar rewolucyjnego "gniewu narodu".


Podziel się
oceń
0
0

Skomentuj ten artykuł (8) | dodaj komentarz

Wspomnienia Jana Wileńca cz. II

poniedziałek, 17 czerwca 2013 23:31

Dnie były upalne, zewsząd dochodziły grobowe wiadomości, wojsko nasze stale się cofało na wschód. Pracowałem w biurze Inspektoratu i miałem możliwość codziennego słuchania radia, więc byłem na bieżąco w naszej sytuacji. Wydaje mi się, że pamiętam dokładną datę, było to 17 września 1939 roku rankiem, bez wypowiedzenia wojny, sowieckie hordy, na całej długości granicy runęły na broczącą krwią Polskę. Był to zbrodniczy cios zadany nam w plecy. (Autor podaję datę 17.września 1939r jako nie pewną, bo wtedy kiedy pisał te wspomnienia, ta data była wykreślona z historii Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej). Stalin, który zapewniał nasz rząd, że dotrzyma zawartego paktu o nieagresji, a nawet o przyjaźni, w porozumieniu z Hitlerem napadł zdradziecko na nasz kraj. Potem okazało się, że bolszewicy skrupulatnie realizowali plan rozbioru Polski zawarty pod koniec sierpnia 1939 roku, pomiędzy Mołotowem i Ribentroppem w Moskwie. Stalin to chytry lis, chciał uśpić rząd polski, nie napadł na Polskę jednocześnie z Hitlerem, bo bał się za dużych strat. Mimo nierównych sił, Polacy bronili się dzielnie, ale z braku pomocy z zachodu, otwarta walka z dwoma napastnikami była przesądzona. Ze względu na beznadziejną walkę i bezmyślny rozlew krwi większość jednostek kapitulowała i część opuściła granice Rzeczypospolitej, kierując się na Rumunię i dalej na zachód. Oficerów polskich wziętych do niewoli przez Bolszewików, NKWD osadzało w specjalnych obozach oficerskich, których los okazał się tragiczny, długo był nieznany i do dziś jest pomijany milczeniem.*
[*przy. red. Autor pisał wspomnienia w latach 1973-75 i wiele spraw dziś już wyjaśnionych w tamtym okresie czasu przedstawiało się inaczej, lub zgoła w ogóle nie było znane. Losy polskich oficerów były wyjaśniane jakoby to Niemcy rozstrzelali kilkanaście tysięcy oficerów w Katyniu.]
Pamiętam moment, kiedy szosą z Zelwy do Wołkowyska, długim szeregiem jak mrówki pełzły dziwaczne czołgi sowieckie i wjechały, krążąc po mieście. Miały otwarte włazy, bo było upalnie. Czołgi były uzbrojone w cztery cekaemy, spoza tych karabinów wynurzały się umorusane twarze "tankistów" w czarnych parcianych czapkach z naszytymi czarnymi kiełbasami wzdłuż i w poprzek głowy. Wstrętny to był widok tych wyzwolicieli, a ci "tankiści" byli bardziej podobni do mieszkańców krainy Belzebuba, niż naszej planety ziemi. Po zakończonej paradzie czołgów, wysunął się długi sznur jednotonowych ciężarówek "ZIS-5", na których siedziało na ławkach po dwa rzędy "bojców" (żołnierzy) w szarych sukiennych czapkach ze sterczącymi do góry szpikulcami podobnymi do dużego sutka krowiego wymienia. Te czapy miały opuszczone fartuchy, które zakrywały im karki, uszy i policzki. Ten szpikulec u czapki, Białorusini nazywali "pupem", co oznaczało pępkiem. Była to komiczna nazwa, której "towarzysze" nie lubili, a w ogóle ta czapa miała wiele nieprzyzwoitych określeń, że nawet sam Stalin kazał tę czapkę wycofać z umundurowania swojej armii. Żołnierze mieli na sobie płaszcze, jeszcze z pierwszej wojny światowej, z sierści wielbłądziej u dołu postrzępionych. Na tych płaszczach nie było widać kurzu, ponieważ były koloru podobnego do ziemi. Na nogach mieli czarne brezentowe buty i owijacze. Zamiast mundurów mieli tradycyjne rubaszki (koszule), zwane u nich "gimnaściorki".
Oznaczenia wojskowe mieli na tak zwanych "pętlicach" naszytych na kołnierzach. Do pętlic przyszywane były niewielkie szklane figurki geometryczne, różnych form i kolorów. Były to prostokąciki, romby, trapezy itp. w kolorach czerwonym, fioletowym, granatowym i innych. Kolory oznaczały rodzaje wojsk a formy szkiełek stopnie. Zamiast nazwy oficer używano określenia "komandir "i dla przykładu dowódca batalionu w skrócie, bo tylko tak się posługiwano nazywał się "kombat", i odpowiednio pułku "kompoł" itd. Oficerowie czyli "komandiry", nosili, nie wszyscy co prawda, mundury sukienne w kolorze khaki i spodnie typu "galife". Ludzie wpadali w panikę, pamiętając bolszewików z lat agresji w 1918 do 1920 roku, ale Żydzi i mieszkańcy pochodzenia rosyjskiego uspakajali, że to są już inni ludzie, że po dwudziestu latach się zmienili i nie mamy się czego obawiać. Zdecydowana większość uwierzyła tej propagandzie, bo musiała, innego wyjścia nie było, bo nie wszyscy mogli te tereny opuścić, lub emigrować za granicę. Część inteligencji, która miała lepsze wiadomości i możliwości, opuszczała kraj przez Rumunię. Niektórzy nawet przenosili się na tereny polskie zajęte przez Niemców. Tak właśnie postąpił stary kawaler, ziemianin pan Kozłowski właściciel majątku Chrustów, który wcześniej poznał gościnność bolszewików. Rozdał swoim fornalom cały swój majątek żywy i martwy, a pałac i budynki gospodarcze oblał benzyną, podpalił i sam odjechał. Właściwie nic ze sobą nie zabrał, bo odjechał samochodem. Zabrał ze sobą jedynie biżuterię, kilka cennych obrazów i broń myśliwską. Do Rumunii widocznie już nie zdążył, więc wolał okupację niemiecką niż bolszewicką, bo tam przeżył okres wojny. U Sowietów nie miał by szans na przeżycie, bo był "burżujem". Kiedy spotkałem go po wojnie, był kierownikiem PGR.
Bolszewicy, jak zajęli Wołkowysk, zachowywali się początkowo bezczynnie i dość przyzwoicie. Polecili otworzyć sklepy i restauracje, a nawet niektóre urzędy. Inspektorat PZUW w Wołkowysku też był czynny. Często odwiedzał nasze biuro jakiś wojskowy, który po ogólnym przywitaniu się z nami, chodził od stolika do stolika i zaglądał co każdy z nas robi, naturalnie nic nie rozumiejąc bo nie znał polskiego pisma, a nawet języka. Żydzi natychmiast pootwierali swoje "giszewty," w których 90% kupujących to byli klienci ze wschodu, kupowali wszystko co tylko było w sklepach. Żydzi i nie tylko oni, oczyścili swoje sklepy z towarów, które jeszcze od I wojny zalegały magazyny i półki sklepowe, poszło dosłownie wszystko. Bardzo interesowali się biustonoszami i pytali, "czto eto takoje” (co to takiego), a jak dowiedzieli się do czego to służy, kupowali ten towar tuzinami i wywozili do Rosji. Cała ta tandeta, która zawalała składziki żydowskich sklepików w oka mgnieniu znikała w pakownych workach "krasnoarmiejców". Całe bele manufaktury, naturalnie tandetnej, wędrowały prosto z półek pod pachy nowych nabywców ze wschodu. Po zajęciu naszych terenów, bolszewicy ogłosili, że wartość rubla sowieckiego ma równać się wartości 1 złotego. Jeszcze przed wojną wartość rubla na polskiej giełdzie wynosiła 7 - 8 groszy. Żydzi podawali sowieckim żołnierzom ceny podwójne a nawet potrójne od przedwojennych, ale i tak w/g cen rynkowych w Rosji, ceny te były bardzo niskie, a żołnierze mieli dużo rubelków, więc kupowali nie targując się, bo uważali, że robią dobry interes. Wszystkie restauracje były przepełnione przez ruskich "komandirow". Kiedyś przy moim stoliku w restauracji Kretowicza przysiadło się do mnie trzech młodych komandirów zjeść obiad. Zadziwiły ich reklamówki browaru Okocimia, Haberbucha i innych zapytali mnie co to za "kartinki" i po co one tu wiszą. Kiedy powiedziałem im, że to browary namawiają do kupna ich piwa, wówczas wszyscy trzej zrobili zdziwione miny roześmieli się i powiedzieli, że dziwne tu panują zwyczaje, i po co to, u nich by i tak wszystkie piwo byłoby wypite byleby tylko było. Pomyślałem sobie, że u nich piwo to luksus.
Na ulicach chodzili agitatorzy w wojskowych ubraniach, przy których zaraz zbierała się grupka gawiedzi, a taki agitator opowiadał różne androny o wielkim dobrobycie w Sowieckim Sojuzie. Takie obrazki można było obserwować dość często. Nagminnie organizowano różne wiece i manifestacje, na których tłumaczono miejscowej ludności o walorach władzy radzieckiej opartej o przodującej na świecie konstytucji, która gwarantuje wszystkim równe prawa i określa obowiązki. Na zebraniach i innych spędach mówcami byli wyłącznie oficerowie sowieccy, z miejscowych agitatorów nikt nie występował, zdarzało się, że gdzieś pojawiali się tacy agitatorzy bolszewiccy, ale to byli ci co jeszcze przed wojną prowadzili konspiracyjną robotę na naszym terenie, a teraz się ujawnili. Na jednym z takich wieców na wolnym powietrzu wystąpił nijaki Ciauszka. Ciauszka, był to szewc chałupnik, który jeszcze przed I wojną światową wykonywał robocze buty i trzewiki z białego juchtu. W dni targowe na rynku sprzedawał to obuwie chodząc na targowisku między furmankami. Był niskiego wzrostu, z długą brodą i chromy na jedną nogę. Pamiętam go dobrze, bo taka sylwetka rzucała się w oczy. Mieszkał w niewielkim domku na obrzeżu Wołkowyska, gdzie też miał swój prymitywny warsztat szewski. Pracował bardzo ciężko i zdołał uciułać kilkaset rubli, ale w czasie I wojny domek jego spłonął razem z warsztatem i uciułanymi pieniędzmi, które chował podobno pod piecem. Biedaczyna, tak mocno przeżywał stratę całego swojego majątku, że dostał pomieszania zmysłów i w dodatku rozpił się. Nie mając środków na utrzymanie, żebrał. Wszyscy w mieście dobrze go znali i dawali drobną jałmużnę, a on jak coś uzbierał to zaraz kupował wódkę i pił. Niektórzy wiedzieli, że on pieniądze przepija, to dawali mu chleb, kiełbasę albo, co innego do jedzenia. Ja zawsze jak go spotkałem, o dawałem mu pięćdziesiąt groszy. On mnie już dobrze znał, więc z daleka wyciągał do mnie rękę. Pytałem go dlaczego nie chce pracować, przecież ma fach, on odpowiadał, że wszystko stracił i jest za stary, żeby od nowa zaczynać. Mówił rezolutnie i do rzeczy i często płakał. Żal mnie ściskał nad losem tego kiedyś pracowitego człowieka, to nie był wariat, to był człowiek ciężko doświadczony losem. Nie miał własnego kąta, sypiał w ratuszu pod schodami. Kiedy nastały czasy okupacji sowieckiej, pogorszył się i jego los, mniej ludzie dawali grosików i jedzenia, był nędznie ubrany, zarośnięty i wyglądał jak średniowieczny pustelnik. Ten Ciauszka na jednym z wieców pchał się uporczywie pod trybunę, ludzie zaczęli mu przeszkadzać, ale prelegenci sowieccy zaprotestowali i kazali go przepuścić do nich mówiąc: "Przepuśćcie tego biedaka, on pewnie chce Wam prawdę powiedzieć o władzy radzieckiej". Ciauszka wdrapał się na trybunę. Wszystkim zaparło dech, co to teraz będzie? On, jak zawodowy trybun, chrząknął parę razy przed mową i przemówił. Mówił dobrze po rosyjsku, wychwalał pod niebiosa nowy ustrój sprawiedliwości społecznej i swobody, które on niesie. W pewnym momencie, odwrócił się plecami do tłumu, zarzucił płaszcz na plecy, nachylił się i pokazał goły tyłek, mówiąc: "Teraz to nawet moja d... zobaczy nowy świat". Rozległ się gromki śmiech, agitatorzy zbaranieli i z miejsca chcieli go aresztować, ale tłum głośno protestował, wrzeszcząc: "Dajcie mu spokój, to wariat". Zabrali go do NKWD i po paru dniach wypuścili. Ten incydent polityczny szybko się rozszedł po całym powiecie. Władze sowieckie nie zainteresowały się losem tego biedaka, dalej chodził i żebrał. Jak później przyszli Niemcy to się nim zainteresowali i szybko zlikwidowali. Ludzie robili wiele rożnych kawałów i dowcipów, za które władza radziecka jak złapała, to surowo karała. Zdarzył się kiedyś taki wypadek, w miasteczku Dereczynie jesienią odbywał się jarmark koni. Gospodarze z całej okolicy zjeżdżali się tam, by sprzedać, kupić albo popatrzeć na konie. Jesienią dnie są krótkie, więc gospodarze zjeżdżali się rano jak jeszcze było ciemno. Na rogatkach Dereczyna, sowieci postawili drewniany, wysoki posąg Stalina z wyciągniętą ręka w stronę drogi. Jadący już za widna zauważyli, że na ręku Stalina wisiała jakaś paczka z kartką i z takim wierszykiem w języku białoruskim:
Stalinku, Stalinku,
Na ciebie chleba i słaninku,
Bo ty dwadcać let hospodarył,
I ni razu nie zaskwarył.
(Stalinku, Stalinku, masz dla ciebie chleba i słoninkę, bo ty dwadzieścia lat gospodarzył i ani razu nie okrasił) Natomiast w Zelwie na jarmarku, chodziła wrona z obciętymi skrzydłami, a na plecach miała przypiętą kartkę z napisem: "Budu chadzić od woza do woza, a nie pajdu do kałchoza". (Będę chodzić od woza do woza, a nie pójdę do kołchoza.


Podziel się
oceń
0
0

Skomentuj ten artykuł (7) | dodaj komentarz

Wspomnienia Jana Wileńca cz. I

poniedziałek, 17 czerwca 2013 23:29

Jan Wileniec (1897 - 1979), wieloletni mieszkaniec Wałcza, Słupska i Ustki, pracownik PZU, pochodził z okolic Wołkowyska (dziś Białoruś). Przed I wojną światową wyjechał w głąb Rosji do szkoły. Cudem, jako młody chłopak, przeżył tam rewolucję bolszewicką i wojnę domową. Po powrocie do Polski rozbudowywał swoje gospodarstwo rolne w Żabkach koło Wołkowyska i pracował jako likwidator szkód w PZU.
Niżej fragment jego niepublikowanego pamiętnika, spisanego w latach 70. XX wieku, dotyczący lat 1939 - 1941.

  •                               *                       *                         *

Pamiętny poranek 1-go września 1939 roku, przeżyłem w Wołkowysku. Spałem jak zwykle w swoim pokoiku przy oknie. Noc była pogodna i bardzo ciepła, więc spałem przy otwartym oknie. Spałem mocno po pracowitym dniu przy likwidacji szkód. Nagle jeszcze przed wschodem słońca obudził mnie silny huk i wstrząs, zerwałem się z posłania i nie mogłem zorientować się co się dzieje. Okno wychodziło na wschód, spojrzałem na niebo, które było spowite poranną zorzą budzącego się słońca, ale dookoła było cicho i spokojnie. Trwało to nie długo i powtórzyło się to samo, myślałem,, że to burza, ale to zjawisko zaczęło powtarzać się coraz częściej. Radia nie miałem przy sobie, ale zrozumiałem, że następuje to najgorsze co może nas spotkać. W o j n a ! ! Nie mogłem zlokalizować tych wybuchów. Jak się później okazało, Niemcy zbombardowali Fabrykę Dykty braci Konopackich w Mostach nad Zelwianką. Była to fabryka o znaczeniu wojskowym, bo dyktę tam produkowaną używano do produkcji samolotów. Niemcy mieli dobry wywiad i wiedzieli co i gdzie jest produkowane dla potrzeb wojskowych. Fabryka Dykty nie była zabezpieczona przed nalotami i była łatwym celem do zniszczenia. Raniutko pobiegłem do Soroków i kiedy tam z trwogą zaczęliśmy rozmawiać, nad nami przeleciało 16 niemieckich samolotów w kierunku na zachód, po zbombardowaniu fabryki w Mostach. Koło cmentarza stała jedna armata przeciwlotnicza, ale nie strzelała.
Niemcy bez żadnego uprzedzenia, albo inaczej bez wypowiedzenia wojny, napadli na Polskę z trzech stron: z zachodu, północy i południa. Niedaleko od Wołkowyska była granica z Prusami Wschodnimi, jednak Niemcy z tej strony nie przekroczyli granicy, widocznie postępowali tak w związku z porozumieniem Mołotow-Ribentropp, nawet pozwolili jednostkom polskim przekroczyć granicę Prus. Rozpoczęła się Sodoma i Gomora. Pojedyncze samoloty latały nad drogami i polami i ostrzeliwały seriami wszystko co znajdowało się na drogach i polach. Byłem świadkiem jak jakiś lotnik niemiecki zastrzelił siedmioletnią dziewczynkę i dwie krowy, które ona pasła na polu niedaleko szosy z Wołkowyska do Zelwy. W czasie drugiego czy trzeciego dnia wojny był dzień targowy, w związku z tym do miasta przyjechało dużo chłopów.. Znienacka nadleciało kilka samolotów i zrzuciło kilka bomb na to zbiorowisko ludzi i koni. Zabitych zostało 9 koni, wyleciało sporo szyb z okien ale na szczęście ofiar w ludziach nie było. U mojego brata stryjecznego Franciszka Wileńca wyleciały wszystkie szyby i rozsypały się na drobne kawałki. W nocy obowiązywało pełne zaciemnienie, nie wolno było palić świateł w domu i na ulicy. Samochody i motocykle musiały mieć światła zakryte fioletową kalką. Ja z kolegą Jachimowiczem pojechaliśmy na swoich "Sokołkach" do Powiatowej Komendy Uzupełnień by zgłosić się do wojska na ochotnika. Wcześniej byłem w Żabkach aby przed pójściem do wojska pożegnać się z żoną ,dziećmi i ojcem. W PKU spotkał nas kapitan i powiedział, że nie przyjmie nas do wojska, bo garnizon nie posiada broni i umundurowania. To zrobiło na nas przygnębiające wrażenie i poczuliśmy że Polska stoi już nad przepaścią .Komunikaty radiowe też nie były pocieszające, bo nasze wojska broniąc się stale ustępowały przed atakującym dobrze uzbrojonym wrogiem. Przed wojną Niemcy mieli dobrze rozwiniętą siatkę szpiegowską i doskonale wiedzieli gdzie są zlokalizowane nasze jednostki lądowe i lotnictwo. Dlatego też lotnictwo polskie już w pierwszych dniach wojny zostało rozbite. Pociągi przestały kursować z powodu częstych nalotów na stacje kolejowe. Działający na zapleczu szpiedzy niemieccy mieli łączność radiową ze swoją centralą i przekazywali bieżące wiadomości o ruchach i sile naszych wojsk. Z powodu licznych nalotów niebezpiecznie było mieszkać w mieście. Rodzina moja pozostała w Żabkach i w tych okolicach panował względny spokój. Dlatego Jachimowicz wysłał swoją żonę i dziecko do Żabek. Z komunikatów radiowych wiedzieliśmy, że Niemcy podchodzą pod Warszawę i że Westerplatte nadal broni się. Radio często podawało komunikaty o takiej treści: "Uwaga! Uwaga ! Nadchodzi. Koma sześć." a także modlitwę Prezydenta Warszawy, Stefana Starzyńskiego: "Kto się w opiekę odda Panu swemu..."
Krew lała się na ogromnych połaciach naszego kraju, lada dzień spodziewaliśmy się wroga na naszej ziemi, ale Niemcy do Wołkowyska nie wkroczyli. Nasze wojsko po nocach cofało się na wschód, mijało Wołkowysk, ale żadnych działań nie było słychać. We wsiach oddalonych od głównych dróg komunikacyjnych, zaczęli pojawiać się jacyś nieznani, podejrzani ludzie. W pierwszych dniach napaści hitlerowskiej, spaliło się pół wsi Borodzicze koło Zelwy. Wieś była duża, budynki drewniane, tylko gdzie niegdzie były kryte dachówką lub blachą. Pożar strawił około 80 gospodarstw, a przecież było to już po żniwach i zbiory były już w stodołach, więc straty były ogromne i bardzo dotkliwe. Mimo wojny likwidację rozpoczęliśmy natychmiast po pożarze. W wielu miejscach jeszcze dymiły pogorzeliska i musieliśmy uważać, żeby nie zniszczyć sobie obuwia. Na pomoc sąsiednich powiatów nie mogliśmy liczyć ze względu na stan wojenny, więc musieliśmy sami przystąpić do likwidacji. Pracowaliśmy od rana do wieczora, a na noclegi jeździliśmy do hotelu w Zelwie. Jako że byłem najlepiej zorientowany w likwidacji szkód w mieniu rolnym, objąłem kierownictwo. Kierowałem się zasadą, żeby nie krzywdzić pogorzelców i wnikliwie obliczać szkody podlegające oszacowaniu. Były przypadki, że gospodarze przy podawaniu do protokółu strat z powodu zdenerwowania zapominali wiele rzeczy, które im się spaliły, a dopiero potem przychodzili żeby to dodatkowo uzupełnić. Zwracałem uwagę kolegom likwidatorom, żeby uwzględniać te prośby pogorzelców. Jednym słowem zaleciłem likwidować szkody tolerancyjnie. Mimo wszystko zauważyłem, że niektórzy gospodarze byli nam nie ufni i patrzyli na nas spode łba. Potem dowiedziałem się, że w Borodziczach został zamordowany polski ułan, który w czasie cofania się wojska odłączył się od jednostki i wieczorem trafił do tej wsi, gdzie go zamordowali, schowali siodło i ukryli konia. W czasie kolacji w hotelu w Zelwie, zostaliśmy powiadomieni, że pali się tartak i młyn należący do Żyda z Borodzicz, u którego mechanikiem był Niemiec. Przy młynie był duży magazyn pełen zboża. Wszystko to spaliło się razem z magazynem. Pożar powstał bez wątpienia z podpalenia na tle politycznym. Pytanie polega na tym czy podpalaczem był agitator sowiecki, czy Niemiec mechanik. Zagadki nie udało się rozwiązać do końca, bo wypadki dziejowe potoczyły się tak szybko, że kwestia kto podpalił została w cieniu.


Podziel się
oceń
1
0

Skomentuj ten artykuł (8) | dodaj komentarz

Świątynia w Nowosadach.

niedziela, 12 maja 2013 21:56

Prezentuję dziś fotografię kaplicy w Nowosadach koło Baranowicz. Niestety, brak mi wiedzy, czy w Nowosadach istniała tylko kaplica, czy był też większy kościół. Wiadomo mi, że po I wojnie światowej zmieniła się przynależność Strzałowa ( najbardziej mnie interesującego z racji urodzenia się tam mojego ojca), przeniesiono wtedy parafię katolicką z Nowej Myszy do Nowosadów.


Podziel się
oceń
1
0

Skomentuj ten artykuł (10) | dodaj komentarz

Kolejny krewniak ze Strzałowa!

sobota, 23 marca 2013 22:27

Pan Gennadij Pławski przesłał mi bardzo ciekawą notkę o swoim prapradziadku- Antonim Pławskim.

" Antoni Pławski, syn Wincentego urodzony 10 lipca 1903 roku w Strzałowie, w obwodzie byteńskim, w rejonie baranowickim. Zmarł 22 kwietnia 1986 roku. Był rolnikiem, jego rodzicami byli:

Wincenty Pławski- ur. w 1875 roku, zm. w 1948 roku, Malwina z domu Masiukiewicz, ur. w 1876 roku, zm. w 1943 roku. Zamieszkiwali we wsi Mućkowicze ( obecnie Zwiezdnaja w rej. baranowickim).

Antoni służył w wojsku polskim w kawalerii. Za czasów sowieckich po drugiej wojnie światowej, był pierwszym przewodniczącym kołchozu "Rasswiet".

Oboje pochowani na cmentarzu we wsi Nowa Mysz w rejonie baranowickim.

Ich dzieci:

Iwan ( Jan) - ojciec Gennadija

Weronika

Regina

 

U dziadka Gennadija zachowała się ta stara fotografia jego ojca, niestety, nie wiadomo kto jest na tym zdjęciu...

 

 Ciąg dalszy informacji od Gennadija:

Regina Pławska tak samo jak i Weronika mieszkają w Baranowiczach, tam też mieszkają ich dzieci oprócz Ałły, która mieszka w Brześciu. Ona zajmuje się genealogią rodziny Pławskich i Ciechanowiczów.

Według Gennadija, na przesłanej fotografii w środku jest jego dziadek Antoni ( niewątpliwie przystojny), ale u dziadka były dwie siostry, a tu są dwaj bracia. Być może to rodzina babci. Ojciec Gennadija opowiadał, ze dziadek wyjeżdżał do Ameryki szukać złota. Czy je znalazł , tego juz nie wiemy...

Dalsze informacje.

Gennadij przesłał mi kolejne informacje:

Gdy dziadek Anton wrócił z Ameryki, to za zarobione pieniadze kupił ziemię i wybudował dom. Przedstawiam kilka moich rodzinnych zdjęć.

Na tej fotografii dziadek Antoni z Gennadijem ( z lewej) i moim kuzynem ( synem Weroniki)- Wiktorem.

 

Na tej z kolei fotografii od lewej- Weronika z moim kuzynem Wiktorem na rękach, mój ojciec Iwan ( Jan), dziadek Jan Tichanowicz ( Ciechanowicz?) brat mojej babci, mój dziadek Antoni.

Tutaj dziadek Antoni ze mną, miałem wtedy  5-6 lat.

 

 

 


Podziel się
oceń
3
0

Skomentuj ten artykuł (8) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


środa, 31 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  604 973  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Statystyki

Odwiedziny: 604973
Wpisy
  • liczba: 226
  • komentarze: 292
Mój blog ma już...: 3507 dni

O czym jest ten blog?

To będzie trochę nietypowy blog, bo chyba mało kto zastanawiał się nad tym, ze historia zaczyna się od Ciebie, od Twojej najbliższej rodziny- starych fotografii, zapisków a w tle Twoi rodzic...

więcej...

To będzie trochę nietypowy blog, bo chyba mało kto zastanawiał się nad tym, ze historia zaczyna się od Ciebie, od Twojej najbliższej rodziny- starych fotografii, zapisków a w tle Twoi rodzice, dziadkowie. Ktoś ich stworzył, coś przeżyli w życiu, przekazywali innym tradycje rodzinne, narodowe...Tak, to nie jest banał, Tak rodzi się historia, a my tworzymy ją nawet o tym nie wiedząc.

Blogi

 

schowaj...

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Tu warto zajrzeć...

Głosuj na mój blog!






zobacz wyniki

Genealogia, herbarz, poszukiwania przodków

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl