Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 188 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie
Przekaż swój 1 % podatku! darmowy hosting obrazków

Wspomnienia Jana Wileńca cz. IV

poniedziałek, 17 czerwca 2013 23:35
Skocz do komentarzy

To tylko kilka przypadków które pamiętam. O tych zbrodniach nie mówiono publicznie i nie pisano po wojnie w czasopismach, bo starano się puścić je w niepamięć, by nie kompromitować władz "wyzwolicieli". Tych gwałtów na niewinnych ludziach dokonywano pod osłoną nocy, znienacka, tak jak napadają sowy na gniazda małych piskląt, albo jak wilki wdzierają się do owczarni. Wkrótce zaczęła działać nowa władza, która przybyła za wojskiem i obejmowała wszystkie stanowiska, w aparacie administracyjnym finansowym i gospodarczym. Władze okupacyjne ustanowiły Milicję i Władze Bezpieczeństwa czyli, NKWD (Narodnyj Kamisariat Wnutrennych Dzieł) (Narodowy Komisariat Spraw Wewnętrznych) i NKGB (Narodnyj Kamisariat Gosudarstwiennoj Bezapasnosti) (Narodowy Komisariat Państwowego Bezpieczeństwa). Te ostatnie dwie instytucje, o charakterze represyjnym, były precyzyjnie zorganizowane i miały już ponad 20-letnią praktykę. Były one utworzone przez Feliksa Dzierżyńskiego, jeszcze na początku rewolucji i swój początek wzięły ze słynnej Czrezyczajki. Obie te instytucje w początkowym okresie aneksji nie dawały o sobie znaku życia, ale po cichu, przy pomocy wywiadu i miejscowych bolszewików sporządzały listy osób, których należało aresztować lub izolować. Na tych "czarnych listach" figurowała miejscowa inteligencja polska, jak ziemianie, leśnicy, nauczyciele, sędziowie, osadnicy wojskowi, pracownicy administracji państwowej i inni. Tak sprawny aparat sowieckiej represji, który miał już wieloletnie doświadczenia, bez większych trudności i w krótkim czasie sporządził wykazy niebezpiecznych dla sowieckiej władzy ludzi i przystąpił do szeroko zakrojonej akcji likwidacyjnej. Nastąpiły liczne aresztowania i w tej grupie znalazł się mój stryjeczny brat Michał Wileniec, który w konsekwencji zginął bez wieści. Wśród aresztowanych znaleźli się również moi znajomi jak Bochwitz, Władyczański, Siehieniowie Przemysław i Tadeusz, Dzikowski, Bychowiec, i wielu. wielu innych, o których nic nie było można dowiedzieć się. Wszyscy aresztowani przewiezieni zostali do Wołkowyska, a potem ślad po nich zaginął, bo Syberia jest wielka.
Rozwiązaniu uległo też PZUW i to nawet w dość ciekawy sposób. Pewnego dnia zjawił się w Inspektoracie Powiatowym komisarz, który zaproponował nam, że może kto chce być inspektorem powiatowym to niech się teraz zgłosi i nim zostanie. Nie było chętnych. Komisarz był zaskoczony bo liczył, że będzie kilku kandydatów i on z nich wybierze inspektora. Tymczasem nie było nikogo. Po kilku dniach około godziny dziewiątej zjawił się ten sam komisarz i oświadczył nam, że po godz.11-tej wszyscy będziemy zwolnieni z pracy. Było to czymś niespotykanym dla tych co nie znali władz sowieckich, że w tak brutalny sposób można rozwiązać instytucję i pozbyć się pracowników. Dla mnie to nie było zaskoczenie, bo dobrze znałem bolszewickie metody nie liczenia się z ludźmi. Kilku z naszych pracowników których jedynym środkiem egzystencji była praca w PZUW i w dodatku nie znali języka rosyjskiego, sytuacja okazała się bez wyjścia. Oni zapytali komisarza co będą robić bo, nie mają środków na utrzymanie, a on powiedział: "Wy sobie szukajcie pracy w innych instytucjach". Był to sposób praktykowany w Rosji Sowieckiej bardzo szeroko, bo pracownika tej samej instytucji przerzucano znienacka z jednej miejscowości do drugiej oddalonej od siebie o kilkaset a nawet kilka tysięcy kilometrów. U nich na porządku dziennym było, że szef z zegarkiem w ręku mówił do podwładnego, że jest przeniesiony na przykład z Archangielska do Władywostoku, a jego pociąg odchodzi za trzy godziny, więc ma dostateczną ilość czasu na odpoczynek i przygotowanie się do wyjazdu. I rzeczywiście to było możliwe, bo pracownik miał tylko to co na sobie, więc do walizki musiał zapakować koc, prześcieradło, poduszkę i coś z żywności. Tak wyglądał ekwipunek urzędnika do podróży na nowe miejsce pracy. Tłumaczono nam, że Związek Radziecki zmierza do rzeczywistego komunizmu, który będzie wyglądać w ten sposób, że majątek każdego obywatela będzie mieścić się w jednej walizce. Nie powinien posiadać żadnych mebli, bo każde mieszkanie będzie umeblowane do jego potrzeb, i dlatego kwestia przeniesienia pracownika z jednego miejsca na drugie miejsce pracy nie będzie stwarzać żadnych kłopotów. Tych umeblowanych mieszkań nie było, a przenoszony pracownik musiał jechać bez żadnych skrupułów i rzeczywiście tylko z jedną walizką, bo faktycznie to rzeczy osobistych w tym czasie niewiele miał. Zanim nasi pracownicy zlikwidowanego Inspektoratu PZUW znaleźli jakąś pracę, musieli dość długo żyć, jak to wówczas się mówiło własnym przemysłem. Każdy kombinował jak mógł żeby przeżyć, tu zahandlował, tam coś przemycił, albo ukradł władzy sowieckiej.
(…) Zaraz po wejściu bolszewików, ale zanim nas zwolniono z pracy dość często bywałem w domu, bo bałem się napadów rabunkowych na mój dom. Dowiedziałem się, że jacyś aktywiści sowieccy na drugi dzień okupacji wpadli do Żabek, zrobili szczegółową rewizję w domu i budynkach gospodarczych, porozrzucali wszystko, papiery, książki, bieliznę i ubrania. Bardzo byli zdziwieni, że tak mało mam bielizny i ubrań, a przecież jako urzędnik powinienem mieć więcej odzieży i na to liczyli, że się u nas obłowią.
Po nich przyszli inni zabierać, krowy konie i zboże. Był taki incydent, kiedy przyszli zabierać konie i krowy, to do nich wyszedł mój ojciec i pokazał gdzie stała jedna krowa i jeden koń i powiedział, że jest to inwentarz i zboże dzierżawców ze wsi Tałałajki, a on tu tylko pilnuje i mieszka i nic nie posiada, bo jest zwykłym fornalem z majątku Mesztowicze. Aktywiści popatrzyli na siebie, pokiwali głowami jakby się nad ojcem litowali i sobie poszli. W taki sposób zaoszczędziliśmy sobie zdrowia i nerwów, bo udało się uniknąć grabieży naszego własnego mienia. Dzierżawa była jakby przez pana Boga nadana, bo dzierżawcy na tej transakcji zrobili niezły interes, nam należne zboże za dzierżawę oddali, więc byliśmy zabezpieczeni na zimę od głodu.
Jeszcze przed naszym zwolnieniem z pracy, ja, Jachimowicz i Soroka sprzedaliśmy nasze motocykle komisarzowi Lichaczowowi za złotówki. Ja dostałem za swego "Sokoła" trzy tysiące złotych. Za parę dni złotówki przestały istnieć i w taki podły sposób towarzysz Lichaczow nas załatwił. Była to metoda szeroko stosowana przez funkcjonariuszy aparatu bolszewickiego. Tego typu praktyki niekiedy dochodziły do NKGB i sprawcy jak nie mieli dobrych układów z NKGB to byli karani. Podobno za ten czyn miał odpowiadać nasz złoczyńca Lichaczow, bo dostałem wezwanie do komisariatu NKGB w Wołkowysku w sprawie sprzedaży mojego motocykla i musiałem w tej sprawie złożyć własnoręczne oświadczenie, że sprzedałem mu swój motocykl i za jakie pieniądze. Mój "Sokół" spalił się w czasie wojny z Niemcami w 1941 roku. Co stało się z Lichaczowem nie wiem, ale żadnych pieniędzy też nie dostałem. Soroka jakoś przedostał się przez granicę pod okupację niemiecką i tam za te pieniądze kupił jakieś materiały na ubrania, buty i inne rzeczy. Miał kłopoty przy przekraczaniu granicy, ale dopiął swego, natomiast ja zostałem oszukany i nie chciałem ryzykować życia za te kilka złotych. Jak analizowaliśmy nasze położenie po sowieckiej agresji na Polskę, przypomniałem ojcu, że źle zrobił nie kupując dolarów, albo złota, a pieniądze trzymał w domu i znowu wszystko diabli wzięli. W tym samym czasie przyjechał do nas Żyd, szmaciarz i oferował nam kupno skóry na podeszwy po jednej złotówce za dekagram, przed wojną ta sama ilość kosztowała sześć groszy za dkg. Tosia chciała kupić chociaż kilka sztuk podeszew, ale ojciec nie zgodził się bo to za drogo, a za kilka dni nie było ani skóry ani złotówek, które zlikwidowali. (…)
Aresztowania Polaków trwały bez przerwy. Po pierwszych masowych aresztowaniach wyłuskiwano tych, którzy się zdołali ukryć. Wśród tych nieszczęśników znaleźli się, dziedzic Brajczewski, który swój majątek porzucił i ukrył się u znajomego Żyda, ale go i tam dopadli. Aresztowali też Leona Popławskiego z Pacewicz, który mieszkał w Wołkowysku. Podczas aresztowania zapytali go NKWD-ziści: "Ty pamieszczik?” (Ty właściciel ziemski ?), a on odpowiedział: "Kakoj ja pamieszczik, wied ja imienia nie imieju". A, Pacewiczi wied twoi". "Pacewiczi nie moi, ja dawno je propił", "Ach tak, to idi ty s....synu" dostał silnego kopniaka w tyłek i wyrzucili go na ulicę i w ten sposób ocalał. Dialog ten brzmiał mniej więcej tak: " Ty właściciel ziemski ?" "Jaki ja właściciel ziemski, kiedy nie mam ziemi", "A majątek Pacewicze są przecież twoje?", "Pacewicze nie są moje, ja je dawno już przepiłem". " Ach tak. To idź ty taki....synu".
Aresztowania musieli trochę ograniczyć, bo więzienia były przepełnione, a z przypadkowych aresztów dużo ludzi uciekało i przedzierało się na stronę niemiecką, chociaż i tam nie było bezpieczniej.
Aparat NKWD i NKGB działał jak na warunki sowieckie bardzo sprawnie. Instytucje te u nas nie były znane, bo powołano je w Sowietach po 1919 roku, już po moim powrocie z Rosji. Wówczas działała tam "Czrezwyczajka" kierowana przez F. Dzierżyńskiego, który z pochodzenia był polskim szlachcicem z wileńszczyzny. Była to straszna instytucja o charakterze represyjnym. Skupiała cały aparat ucisku, wywiad i kontrwywiad polityczny, wojskowy i gospodarczy. NKGB, była organizacją bardzo skrytą o szeroko rozbudowanej sieci konfidentów. Metodą ich było jakby uśpienie swojej ofiary i przy tej okazji wyśledzenie z kim ona się kontaktuje, sporządzenie dokładnej dokumentacji i potem bez żadnego uprzedzenia, najczęściej w nocy napaść na swoją ofiarę, związać jej ręce drutem kolczastym, by przysporzyć cierpienia fizycznego i moralnego a potem wywieźć za Ural tam gdzie tylko niebo i ziemia. Kiedy otrzymałem wezwanie by stawić się w NKGB w Wołkowysku, pewna starsza kobieta, matka żony jednego z oprawców, nazywano ją babuszką, powiedziała mi: "Iwan Michajłowicz, no płocho z Wami, kak NKGB wzywajet to płocho" (Iwanie Michajłowiczu źle z Wami, jak NKGB wzywa to jest już źle.) Ona dobrze pamiętała czasy carskie, robiła wrażenia inteligentnej kobiety i religijnej. Na pewno wiele ludzkiej krzywdy widziała w czasie rewolucji bolszewickiej i chyba z litości, że mam małe dzieci powiedziała, że kto jest wzywany przez NKGB, to przeważnie do swojego domu już nie wraca.
W powiadomieniu nie było podane w jakim celu mnie wzywają, ale mając na uwadze ostrzeżenie babuszki byłem przerażony co oni ode mnie chcą. Tosia jak jej powiedziałem o przestrodze babuszki, wpadła w panikę i postanowiła, że pojedziemy razem do Wołkowyska. Przyjechaliśmy przestraszeni i głodni, więc zaproponowałem, żeby coś zjeść w restauracji. Jak ta restauracja wyglądała, to się nie da tego opisać, wszędzie było niesamowicie brudno i cuchnęło alkoholem i piwem. Stoliki i podłoga były tak brudne, że dosłownie się lepiły do klientów. Posiłki zamawiało się w bufecie i przynosiło samemu do stolika. Za bufetem rządziła opasła ruska baba, jakiej dawno nie widziałem. Jadłospis składał się z talerza zupy warzywnej i nieokraszonej oraz pajdy razowego wilgotnego chleba. Po obejrzeniu tej speluny i jadłospisu straciłem ochotę do jedzenia, ale Tosia powiedziała, że należy coś zjeść, bo jesteśmy głodni i nie wiadomo kiedy będzie następny posiłek. Były to takie czasy, że każdy mógł się spodziewać czegoś najgorszego. Zjedliśmy tę zupę z chlebem, dobrze że była gorąca. Zupę jedliśmy drewnianymi dużymi i szorstkimi łyżkami. Trzeba było uważać by nie pokaleczyć sobie ust. Zupa mnie ogrzała i jakoś lepiej się poczułem. Po posiłku udaliśmy się do biura NKGB. Po drodze Tosia odmówiła pacierze, bo bała się o mój los. Po wejściu do NKGB musiałem poczekać na swoją kolejkę. Przy drzwiach wejściowych nie było uzbrojonej straży. Czekałem dość długo zanim mnie wezwano. Komisarz najpierw dokładnie sprawdził moje dokumenty, ustalił tożsamość i potem zapytał gdzie jest mój motocykl? Powiedziałem zgodnie z prawdą, że sprzedałem go towarzyszowi Lichaczowowi za trzy tysiące złotych, następnie zapytał czy wiem kto mu jeszcze sprzedał motocykl, powiedziałem, że Jachimowicz i Soroka, jeszcze o coś pytał, ale z tego wrażenia nie pamiętam. W końcu kazał mi napisać oświadczenie, że Lichaczowowi sprzedałem motocykl za trzy tysiące złotych. Zapytał mnie co ja teraz robię? Powiedziałem mu, że zostałem zwolniony z PZUW, obecnie jestem chory, ale jak wyzdrowieję to postaram się gdzieś pracować. Na tym zakończyło się przesłuchanie i zostałem zwolniony do domu. Po wyjściu z tego przybytku, zauważyłem z daleka zmarzniętą Tosię, która na mój widok aż zapiszczała z radości i wpadła mi w ramiona, a ja ją mocno przytuliłem do siebie. Babuszka też bardzo się ucieszyła, że szczęśliwie wróciliśmy do domu i zapytała po co mnie wzywali. Opowiedziałem jej o co chodziło, to ona powiedziała: "Ty miałeś szczęście, bo jakby oni coś u ciebie znaleźli do czego można było by się przyczepić to byś już siedział w więzieniu. Pilnuj się mój synku, bo oni za byle co Polaków aresztują i wywożą na Syberię".
Znowu nastały te podłe czasy, o których w ciągu dwudziestu lat już zdążyłem zapomnieć. Nastały długie jesienne i zimowe noce, pełne trwogi i niepewności, że w każdej chwili mogą człowieka aresztować i zakatować na śmierć. Dla tych oprawców życie ludzkie nic nie było warte. Za byle głupstwo, za nie takie spojrzenie na "władcę życia i śmierci" można było trafić za kratki i być przesłuchiwanym bez końca, tak długo aż się człowiek sam przyzna do tego, czego oni od ciebie wymagają.
Mój stryjeczny szwagier Sójka, był komendantem posterunku policji w Krzemienicy, ale zaraz po napaści Sowietów przeniósł się do Izabelina i zamieszkał u swojej teściowej. Pewnego dnia pojechał na targ do Wołkowyska, by kupić kozę. Widocznie, któryś z konfidentów, których było pełno doniósł do NKWD i tam go aresztowano. Długo czekała rodzina na powrót, męża, ojca i zięcia, który już nigdy nie wrócił do domu, a jego kości gdzieś tam na Syberii czekają na sąd ostateczny. Za kilka dni bandyci z NKWD, w nocy zabrali całą rodzinę razem z 75 letnią teściową, jego żoną chorą na gruźlicę i dwojgiem małych nieletnich dzieci. Nikt nie wrócił z tej "wycieczki", wszyscy złożyli swoje kości, gdzieś na dalekiej, nieludzkiej ziemi, nawet nie mają swoich nagrobków i bezimiennych mogił, ich ciała zakopano jak zwierzęta, a może i nie zakopano bo ziemia była zmarznięta, a ciała pożarły dzikie zwierzęta. Drugi mój szwagier Kuśmierek, też był komendantem policji w Świsłoczy, ale ten postąpił inaczej, bo jak tylko Sowieci wkroczyli zabrał rodzinę i przeniósł się pod okupację niemiecką i tam przetrwał wojnę. Zdarzały się różne tragiczne sytuacje. Któregoś dnia przyszli panowie z NKWD do mojego znajomego technika szacunkowego, Ksawerego Klencnera, który był w czasie wojny bolszewickiej oficerem Wojska Polskiego i brał czynny udział w tej wojnie. Nosił zawsze przy sobie pistolet, więc jak przyszli go aresztować, on wyciągnął pistolet, kilku zbirów zastrzelił, ale nie zauważył, że jeden z nich zaszedł go z tyłu i strzelił mu śmiertelnie w plecy. W takiej sytuacji jedynym wyjściem była śmierć.
Nadszedł październik, 22 rocznica rewolucji bolszewickiej, każdy kto żyw musiał być na wiecu w Międzyrzeczu, na którym dowiedział się jaka wspaniała jest władza radziecka, bo stanęła w obronie narodu białoruskiego przed polskimi panami i niemieckim zaborcą. Mówili, że cały świat jest w ogniu wojny, a w ZSRR jest spokój, którego nikt nie naruszy. Wychwalali pod niebiosa ład i porządek jaki przyniosła na wyzwolone tereny Białorusi władza radziecka. Człowieka szlag trafiał słuchając tych bredni i kłamstw i ogarniał pusty śmiech. (…) Gospodarstwo moje jak na owe czasy miałem dość uzbrojone w technikę, chociaż mój ojciec był zdecydowanym tradycjonalistą i sprzeciwiał się nowościom. Miałem dobrą młocarnię i czterokonny kierat silnej konstrukcji. Pewnego dnia przyszli z "Sielsowieta" (to taka sowiecka organizacja rolna) pożyczyć ten kierat na dwa tygodnie. Co miałem robić, odmówić nie mogłem bo jeszcze by mnie aresztowali i oskarżyli o sabotaż, więc pożyczyłem i pozostała mi tylko kartka. Minęło już kilka tygodni a kieratu nie ma, a moi dzierżawcy chcieli młócić zboże. Czekałem, aż wreszcie pojechałem do majątku Dziergiele do "predsiedatiela" (wójta), z prośbą o zwrot pożyczonego kieratu, ten zażądał jakiegoś dokumentu, więc podałem mu pokwitowanie, a ten drań podarł tę kartkę na moich oczach i wrzucił do śmietnika i w ten sposób pozbyłem się kieratu. Co miałem robić, nad tym draniem żadnej władzy nie było, a ja nie miałem żadnego dokumentu, że to był mój kierat, więc z niczym przyszedłem do domu. Efekt był taki, że dzierżawcy młócili zboże cepami a sieczkarnię napędzało się ręcznie. Kierat co prawda odzyskałem, kiedy przyszedł drugi okupant - Niemcy.
Było to tak. Pan Czesław Laudański ożenił się z panną z Dereczyna i przy Niemcach został tam wójtem. Kiedyś w niedzielę spotkałem się z nim przy kościele, pogadaliśmy na różne tematy i między innymi powiedział mi, że mój kierat znalazł się w jego gminie i jak chcę to mogę go sobie zabrać. Powiedziałem mu, że chętnie to zrobię, a on powiedział, że da mi pismo na wydanie, tylko muszę mieć swój transport. Zaprzęgłem konia do niskiego wózka - platformy i pojechałem do pana Czesława, poznałem jego żonę, zjadłem obiad i z dokumentem z gminy pojechałem pod wskazany adres. Posiadaczem mojego kieratu był potężny białoruski chłop, z długą jak pop brodą i włosami ostrzyżonymi na "piasta". Chłop początkowo upierał się, później chciał go odkupić, a w końcu oddał go i pomógł mi kierat załadować na moją platforemkę i pojechałem do domu. Z tym chłopem spotkałem się jeszcze raz, ale w znacznie gorszych okolicznościach. Było to 1945 roku w Mińsku, kiedy jako więźniowie (tzw. niebezpieczny i wrogi element) jechaliśmy na "Białe niedźwiedzie".
Jechałem z tym kieratem warszawską szosą przez most na Zelwiance w kierunku Stołpców. Na drodze spotkałem niemiecką wojskową kolumnę samochodową. Były to wszystko nowe wielkie samochody wojskowe, szczelnie oplandekowane i pomalowane w kolorze szaro - zielonym. W tych samochodach wiozących żołnierzy tylne klapy były otwarte i można było zobaczyć siedzących po obu stronach żołnierzy. Co jakiś czas samochód ciągnął za sobą kuchnię polową. Kierowcy jechali w rozpiętych koszulach z podwiniętymi rękawami i zmierzali na wschód. Byli to młodzi mężczyźni, dobrze odżywieni w czystych nowych mundurach. Długo czekałem aż ta kolumna przetoczy się, bo musiałem pokonać most na Zelwiance, by pojechać w kierunku Chołstowa i dalej do domu. Ale w tym opowiadaniu wybiegłem nieco do przodu, narazie jeszcze trwała u nas okupacja sowiecka.

Podziel się
oceń
0
0


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

wtorek, 26 września 2017

Licznik odwiedzin:  681 850  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Statystyki

Odwiedziny: 681850
Wpisy
  • liczba: 227
  • komentarze: 495
Mój blog ma już...: 3899 dni

O czym jest ten blog?

To będzie trochę nietypowy blog, bo chyba mało kto zastanawiał się nad tym, ze historia zaczyna się od Ciebie, od Twojej najbliższej rodziny- starych fotografii, zapisków a w tle Twoi rodzic...

więcej...

To będzie trochę nietypowy blog, bo chyba mało kto zastanawiał się nad tym, ze historia zaczyna się od Ciebie, od Twojej najbliższej rodziny- starych fotografii, zapisków a w tle Twoi rodzice, dziadkowie. Ktoś ich stworzył, coś przeżyli w życiu, przekazywali innym tradycje rodzinne, narodowe...Tak, to nie jest banał, Tak rodzi się historia, a my tworzymy ją nawet o tym nie wiedząc.

Blogi

 

schowaj...

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Tu warto zajrzeć...

Głosuj na mój blog!






zobacz wyniki

Genealogia, herbarz, poszukiwania przodków

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl