Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 188 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie
Przekaż swój 1 % podatku! darmowy hosting obrazków

Wspomnienia Jana Wileńca cz. V

poniedziałek, 17 czerwca 2013 23:37
Skocz do komentarzy

Wiosną 1940 roku granicę okupacyjną od strony Niemiec, masowo przekraczali Żydzi w obawie przed śmiercią. To była istna plaga, byli okropnie brudni, zawszawieni i głodni. Kradli co tylko mogli, na polach kopali kartofle i piekli je w ogniskach. U nas, w nocy pościnali wszystkie krzewy na ogniska, które im służyły do ogrzewania się i gotowania strawy. Nie wolno im było przeszkadzać, bo byli pod specjalną ochroną sowieckich władz. U nas zamieszkał młody inteligentny Żyd z Warszawy. Musieliśmy go przyjąć, ale z dwojga złego lepszy ten, niż jakiś brudas. Nazwiska jego nie pamiętam, ale po rosyjsku nazywał się Izaak Abramowicz, natomiast nas prosił aby go nazywać Julkiem. Julek miał około 22 - 24 lat i był studentem polonistyki w Warszawie. Był chłopcem inteligentnym i szybko starał się wejść w klimat naszego domu. Przed wojną był radykalnym socjalistą, jak wielu Żydów w tamtym czasie i uważał, że władze komunistyczne są postępowe i należy je popierać. Julek zerwał z ortodoksyjną religią żydowską i nie przestrzegał koszernej żywności. Zresztą nie miał nawet na to możliwości w naszym domu. Przez władze sowieckie został mianowany nauczycielem w Tałałajkach w języku białoruskim i rosyjskim. Jak on to robił to jego "słodka" tajemnica, bo o ile wiem, to żadnego z tych języków nie znał. Julek zaprzyjaźnił się z naszym domem i lubił prowadzić długie dysputy, szczególnie na tle religijnym z moim ojcem. Julek na początku czuł się komunistą w każdym calu, ale z upływem czasu i w zetknięciu się z bolszewicką rzeczywistością, powoli ten komunizm zaczął mu z głowy ulatniać się. Marzył tylko o tym aby wojna skończyła się jak najszybciej, a on mógł wrócić do Warszawy. Czy to mu spełniło się, nie wiem, ale wszystko wskazywało by na to, że tej wojny nie przeżył. Dużo Żydów pozostało na naszych terenach, bo dalej na wschód nie chcieli jechać, gdyż wiedzieli od innych współplemieńców, że tam trzeba ciężko pracować i nie ma tam co jeść. Gdzieś te gromady Żydów rozpierzchły się po miasteczkach i wsiach. Na początku wojny przybłąkał się do nas nijaki Szymański z żoną i córką, który pochodził z Pińczowa. Przyjechał na nasze tereny z zamiarem kupienia sobie działki ziemi z parcelacji, bo tu ziemi było pod dostatkiem i była tańsza jak w centralnej Polsce. Ledwo przyjechał, pieniądze przehulał i działki nie kupił. Jakiś czas pracował u Sokołowskich w Międzyrzeczu, a w czasie wojny zainstalował się u nas. Był to człowiek niezaradny i leniwy, natomiast jego żona i córka były nadzwyczaj pracowite.
Jak już wspominałem w Mesztowiczach stacjonowała sowiecka jednostka pancerna a w naszym domu mieszkali sowieccy oficerowie z żonami. Wśród nich był oficer polityczny Iwanow. Ten politruk starał się nas przekonać o wyższości ustroju sowieckiego nad kapitalizmem, a ponieważ nas to nie bardzo interesowało, to skierował swoją uwagę na młodziutką Zosię Szymańską. Dużo jej mówił o zaletach komunizmu i dał jej do przeczytania książkę Mikołaja Ostrowskiego "Jak hartowała się stal" (Kak zakalałaś stal), oczywiście w języku rosyjskim. Po przeczytaniu miała mu opowiedzieć treść i swoje wrażenia. Dziewczyna nie znała rosyjskiego i nie przyznała się do tego, więc książkę położyła na półkę. Po kilku dniach Iwanow zapytał Zosię ,jak jej podobała się książka, a ona zapytała: "Która, czy to ta: "Kak zakałoli Stalina"? (Jak zakłuli Stalina). Kiedy on to usłyszał, zatrząsł się ze złości, zabrał jej książkę i zostawił ją w spokoju. Na tym zakończyła się edukacja polityczna Zosi Szymańskiej. Potem próbował mnie uświadomić, że Pana Jezusa to nigdy nie było na świecie, a Biblia to dość ciekawa bajeczka dla dorosłych i dzieci. Ja mu odpowiedziałem, że po dwóch tysiącach lat, to samo powiedzą o Leninie, że to jest mit i bajeczka o dobrym wujaszku.
Oglądałem ówczesny elementarz sowiecki. Był tam taki rysunek, gdzie na plecach chłopa siedział "burżuj" i poganiał go nahajką. Dzieci jak patrzały na takie rysunki, to nie wiedziały o co tu chodzi. Sam byłem świadkiem takiego zdarzenia, jak rosyjski dzieciak szedł z ojcem i na ulicy głośno prosił ojca: "Tato pokaż mnie burżuja", na to ojciec: "Milcz, nie gadaj tyle, to cię zaprowadzę do kina na ładny film", a dzieciak: "Ja nie chcę iść do kina, ja chcę zobaczyć burżuja".
Mojego kolegę Jachimowicza stale trzymały się różne żarty. Zaraz po wejściu bolszewików w 1939 roku, znikały stopniowo wszystkie towary, a sklepiki żydowski zostały powoli zamykane, tylko w sowieckich sklepach czasami można było coś kupić. Jak pojawił się jakiś towar to z miejsca tworzyły się kolejki. Ludzie nawet nie bardzo wiedzieli za czym stoją i co będą sprzedawać. Zwykle ludzie pytali, za czym jest ta kolejka? Pewnego dnia przed jeszcze zamkniętym sklepem, stanął Jachimowicz, poprosił mnie i Sorokę żebyśmy stanęli za nim. Za chwileczkę jakiś przechodzeń, zapytał go co tu będą sprzedawać? Jachimowicz cichutko odpowiedział, skórę na zelówki, to on stanął za Soroką, no i się zaczęło, kolejka rosła i rosła. W pewnej chwili Jachimowicz zwrócił się do mnie i zapytał: "Pan stoi za mną?", "Tak" odpowiedziałem: "To ja zaraz wrócę", i odszedł. Za jakiś czas ja też tak zrobiłem jak on, i podobnie postąpił Soroka. Każdy z nas poszedł sobie w inną stronę i z daleka obserwowaliśmy co to będzie działo się dalej. A kolejka rosła jak na drożdżach, stało tam około 8o ludzi. Do kolejkowiczów podszedł NKWD-zista i zapytał, za czym tu ludzie stoją. Powiedziano mu że za skórą na podeszwy:" Wy głupcy, tu nikt nie będzie sprzedawać skóry na podeszwy", a podniecony tłum aż zahuczał: "Ty kłamco, będą sprzedawać, my dobrze wiemy". NKWD-zista rozzłościł się i wrzasnął: "Rozejść się! " i zdjął z ramienia karabin z najeżonym bagnetem z zamiarem użycia broni. Ludzie niechętnie zaczęli rozchodzić się i coś tam mruczeli pod nosem. Jak stróż porządku odszedł, kolejka szybko się uformowała od nowa i cała zabawa powtórzyła się. Śmieszne i zarazem smutne to było widowisko.
Pod koniec listopada (30.11.1939 r) ZSSR napadł zdradziecko na niewielką Finlandię pod pozorem wyzwolenia Karelii z ucisku Finów, a w gruncie rzeczy chodziło o maksymalne odsunięcie granicy od Leningradu (Petersburga). Wojna była krwawa, bo Finowie mieli silnie umocnioną granicę z Rosją, zdobycie której kosztowało wiele ofiar ze strony sowieckiej. Ponieśli oni duże straty w ludziach i sprzęcie a szczególnie w czołgach, które nie były przystosowane do zimowych warunków. Mało brakowało, a wojnę mogli przegrać. W końcu rzucili ogromną ilość wojska i zmusili Finlandię do oddania żądanego terenu.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, była to pierwsza wigilia pod okupacją sowiecką, nie było św. Mikołaja, którego moje dzieci tak wyczekiwały, bo nie było co kupić. Zima była tęga, śniegu było do kolan, a mróz dochodził do 30 stopni, mimo to szosa Baranowicze-Białystok dzień i noc szumiała od przejeżdżających wojsk zmechanizowanych i taborów konnych.
Pamiętam,10 lutego 1940 roku, mróz był siarczysty, a już z samego rana, jeszcze było ciemno, a na drogach słychać było skrzypiące sanie. To do Międzyrzecza Sowieci zwozili ludzi i koło szkoły zrobiło się wielkie zbiorowisko. Na tym mrozie stali tam dorośli, dzieci i niemowlęta, wszystko to było zziębnięte i spłakane. To były rodziny osadników wojskowych i cywilnych z rozparcelowanych majątków. Tych biedaków wyciągano w nocy z domów i pozwolili im w czasie 15 do 20 minut zabrać trochę rzeczy i żywności na drogę. W większości to byli ludzie biedni na dorobku. Potem tych ludzi wpędzili do szkoły na odpoczynek. Ludzie byli znienacka zerwani w nocy i wypędzeni z domu tak jak stali. Dzieci były zmarznięte i głodne, a tu nie było co do ust włożyć. Ludzie z Międzyrzecza szybko się skrzyknęli i zorganizowali coś do jedzenia i okrycia, ale tych biedaków ciągłe przywozili. Po jakimś czasie aresztantów wyprowadzili ze szkoły, uformowali kolumnę i ruszyli do Zelwy. To było coś strasznego i nieludzkiego. Kolumnę nędzarzy ochraniało uzbrojone po zęby wojsko NKWD i milicja z psami. Prowadzili ich jak najniebezpieczniejszych zbrodniarzy. Tam przecież były dzieci, kobiety z niemowlętami i starcy. Tak dostarczyli tych nieszczęśników na dworzec kolejowy do Zelwy, tam władowali do zimnych wagonów bydlęcych i powieźli na zatracenie, na śmierć głodową, w straszliwy mróz, na poniewierkę. Warunki podróży w nieznane były nieludzkie.
W styczniu 1940 roku, zauważono, że na większych stacjach kolejowych Sowieci gromadzili większe ilości krytych wagonów towarowych. Zbiorowiska tych wagonów były pilnowane przez żołnierzy NKWD, ale mimo to widać było, że te wagony są przystosowywane do dłuższego transportu ludzi, bo wstawiano do nich piecyki. Były to tak zwane "ciepłuszki". Zastanawialiśmy się, do czego będą im potrzebne te "ciepłuszki". Tylko dlaczego zakładali kraty na okna?
Brakowało wody ciepłej i zimnej, ponieważ wagony były zamknięte na kłódki, a pociąg jechał prawie bez przerwy, a jak miał przystanek na podmianę lokomotywy, to odbywało się to gdzieś na małej stacji i w nocy. Ludzie załatwiali swoje potrzeby fizjologiczne w wagonie, więc łatwo można było sobie wyobrazić jaki tam był smród. Z braku ciepłego posiłku ludzie chorowali na biegunkę, co jeszcze bardziej utrudniało podróż. Z mrozu, głodu i wycieńczenia ludzie masowo umierali, a szczególnie starcy i małe dzieci. Niejedna matka tuliła do siebie trupa. Na nielicznych przystankach dawano gorącą wodę i przy okazji oprawcy sprawdzali wagony a trupów wyrzucali z wagonów jak padlinę.
W ciągu tej nocy aresztowali ponad dwieście tysięcy ludzi i wywieźli na Syberię. Takiego bestialstwa historia nie zna i dziw bierze, że świat o tym wiedział i milczał. A bolszewicka machina pracowała bez przerwy niosąc śmierć, kalectwo i niszcząc godność człowieka. Stalinowscy siepacze mieli do dyspozycji ogromne, niezmierzone obszary Syberii, stamtąd nikt nie mógł uciec i czekała go śmierć głodowa. Tam nie budowano krematoriów, bo dzikie zwierzęta i mróz robiły to lepiej. Taką tam stosowano technologię moralnego i fizycznego wyniszczania narodu polskiego.
Po wywiezionych na Syberię pozostawały ich gospodarstwa z inwentarzem żywym i wszelkim dobytkiem, a przecież eksterminacji podlegali ludzie wykształceni i bogatsi, więc coś tam zawsze zostawało. Cały majątek porozdawali swoim aktywistom, a budynki opustoszałe jeszcze dość długo straszyły pustką i były dewastowane przez okolicznych chłopów. Tam gdzie kiedyś kwitło życie, gdzie słychać było szczebiot bawiących się dzieci, teraz była pustka i wiatr złowrogo świstał po chałupach bez okien i drzwi, a ziemia kiedyś uprawiana i urodzajna leżała odłogiem. Tak, olbrzymie połacie ziemi leżały odłogiem, bo jej właścicieli wywożono na Syberię, tylko za to, że byli Polakami i dobrze gospodarzyli.
Ci Polacy, którzy narazie nie zostali wywiezieni, władze sowieckie zatrudniali przy rabunkowej eksploatacji miejscowych lasów państwowych i prywatnych. Ci co nie mieli koni pracowali przy ścince, ci co mieli konie musieli kłody i grubsze gałęzie wywozić do stacji kolejowej w Zelwie. Każdy gospodarz, otrzymywał z komitetu partyjnego zadanie do wykonania. Ten kontyngent był ustalany według widzimisię funkcjonariusza partyjnego, jak chciał komuś dokuczyć, to mu zadanie zwiększał. Każdy drwal i furman miał swojego "opiekuna", który go codziennie rozliczał z wykonanej normy. Zima była bardzo sroga, w lutym mrozy osiągały 30 stopni mrozu, a nasi "opiekunowie" rano przychodzili do domów i wyganiali ludzi do pracy, grożąc niejednokrotnie bronią. Serce bolało jak ci stalinowscy niewolnicy bezmyślnie niszczyli nasze piękne lasy. Taki piękny materiał tartaczny całymi kolumnami furmanek zwożono na dworzec kolejowy do Zelwy i tam składano na olbrzymie stosy. Całe pola wokół stacji były załadowane drewnem. Komu i po co to drewno było potrzebne? Na pewno tylko po to, aby zniszczyć nasz skarb narodowy, bo czuli się niepewnie na tych terenach. Kloce były nie okorowane i zwalone na stosy, a jak przyszła wiosna, drewno uległo zaparzeniu i rozpoczął się proces gnicia i rozkładu i tak to leżało do wkroczenia Niemców w czerwcu 1941r. Nie wiem co oni chcieli zrobić z tym drewnem, ale na pewno przeszkodzili im Niemcy w wykorzystaniu tego surowca. Straty materiałowe były wielkie i zmarnowany ludzki wysiłek i zdrowie. Ludziom płacono za tę niewolniczą pracę bardzo mało, ale przecież i to były pieniądze, które zostały wyrzucone w błoto. Bałagan i niekompetencja panowała wszędzie, nawet nie potrafiono wywieźć gotowego drewna. Podejrzewam, że ważniejszą sprawą było przetransportowanie tysięcy aresztowanych ludzi na Syberię i do łagrów, a drewno mogło jeszcze poczekać bo nie było politycznie aktywne i nie zagrażało władzy radzieckiej. Machina terroru i represji działała ze zdwojoną siłą, nocne aresztowania i wywózki całych rodzin trwały bez przerwy. Więzienia i przystosowane areszty były przepełnione, bo pociągi nie nadążały wywozić skazańców Przez okres 1939 -41 roku, wywieziono na Syberię i do Kazachstanu około 1 miliona ludzi. Nasi oficerowie Krasnoj Armii, bawili się beztrosko ze swoimi żonami i dziećmi. Politruk Iwanow, opowiadał mi o swoim życiu. Pochodził ze wsi gdzie w czasie rewolucji tyfus wykosił ponad połowę ludzi i pamiętał, że wiele domów było pustych w których coś straszyło. Opowiadał, że na wzgórku, w środku wsi była opuszczona chata, a w tej chacie czasami wieczorami lub nocą palił się w oknie ogień. Ludzie bali się wchodzić do tej chaty, aż w końcu znalazł się śmiałek, który postanowił sprawdzić co to straszy. Okazało się, że w oknie była pęknięta szyba, a kiedy księżyc świecił na to pęknięcie szyby, światło księżyca się rozpraszało i robiło takie wrażenie, a głupi naród myślał, że to kara Boża. Dużo jeszcze opowiadał o swoich przeżyciach, ale tego już nie pamiętam.
Oficerowie bardzo chwalili się swoimi fotografiami, jak we wrześniu 1939 roku bratali się z Niemcami. Roześmiani od ucha do ucha, trzymali się za ręce i deptali naszego Białego Orła, mówiąc: "Ta wasza biała gęś już zdechła na zawsze". Iwanow miał też wątpliwości i po cichu mi mówił, że Germańcom to tak do końca nie można wierzyć i że wojna z nimi w dalszej perspektywie jest nieunikniona. W szczerości powiedział, że my narazie jesteśmy za słabi technicznie i aprowizacyjnie. Nam trzeba jeszcze 10 lat spokoju by z nimi powalczyć. Gdyby Niemcy uderzyli na nas teraz, to było by z nami krucho. Faktycznie Stalin panicznie bał się ataku niemieckiego i robił wszystko by się Niemcom przypodobać. Brakowało chleba na wyżywienie własnego narodu, a do Niemiec wysyłali całe pociągi pszenicy i żywności. Stalin nie wierzył, że Hitler złamie zawarty pakt o nieagresji na 10 lat, przy okazji czwartego rozbioru Polski.
Słowa politruka Iwanowa sprawdziły się w niedalekiej przyszłości. Po srogiej zimie, jak zwykle nastała piękna ciepła i sucha wiosna, a także pogodne i ciepłe lato.
W dniu 10 maja 1940 roku Niemcy w sposób zdradziecki uderzyli na Francję. Obeszli od północnego wschodu, przez Belgię linię Maginotta i w ciągu dwóch tygodni, bez większego wysiłku i strat pokonali Francuzów. Jedna z najlepiej zorganizowanych armii świata, rozsypała się błyskawicznie. Hitler tryumfował, bo nawet wbrew przewidywaniom sztabu Generalnego OKW, Francja została pokonana zbyt łatwo. Iwanow, początkowo cieszył się, że jego sojusznik odnosi takie sukcesy militarne, bo już Hitler miał w swoich łapach całą Europę zachodnią i środkową. Potem był zatrwożony ze zbyt szybkiego i łatwego pokonania Francji i zawładnięcia jej gospodarką. W nocy 16 czerwca 1940 roku zrobiło się niespodziewanie wielkie zamieszanie w naszym domu. Komandirów z politrukiem Iwanowem zerwano z łóżek i biegiem polecieli do Mesztowicz do swojej jednostki. Byli tam do wieczora, wrócili do domu, żeby pożegnać się z rodzinami. Kobiety zaczęły płakać i lamentować, ale oficerowie uspakajali je, pożegnali się i szybko pobiegli do Mesztowicz. W niedługim czasie zawarczały silniki czołgów i cała jednostka udała się w kierunku zachodnim. Kiedy umilkł hałas motorów, żony oficerów rozpłakały się na dobre. Moja Tosia zaczęła je pocieszać mówiąc, że to jednostka wyruszyła na manewry i że po dłuższych ćwiczeniach wrócą żywi i zdrowi do domu. Babuszka powiedziała jednak coś innego, że to nie manewry, a to rzeczywista wojna i że czołgi pojechały na Litwę, Łotwę i Estonię. Okazało się jednak, że dwaj rabusie poszli na dalszą grabież: jeden zagarnął Francję, drugi kraje Nadbałtyckie. Co prawda Francja to był większy i smaczniejszy kąsek, niż Litwa, Łotwa i Estonia razem wzięte, ale temu sowieckiemu rabusiowi i to się przydało, bo dobra psu i mucha. Rzeczywiście ryzyko było żadne, bo ogromne hordy sowieckie, bez wypowiedzenia wojny otoczyły ze wszystkich stron małe państewka i w jednym dniu opanowały je. Po tej wyprawie jednostka z wielką pompą jako zwycięzca i ze znacznymi łupami wróciła na poprzednie miejsce zakwaterowania. Każdy z nich miał po kilka zegarków męskich i damskich, kilka par damskich pantofli i każdy po parę kuponów materiałów ubraniowych i damskich "koftoczek" (bluzeczki),i wiele innych drobiazgów. Z tej wyprawy wszyscy byli zadowoleni, oficerowie ze zwycięstwa i łupów i ich żony, bo mężowie powrócili cali i zdrowi. A tymczasem jechały pociągi na zachód z pszenicą do Niemiec, a na wschód na Syberię z nowymi ofiarami terroru. W tym czasie aresztowali pana Pawła Wilmusa, ojca drugiej żony Olka Kucharczyka i jej siostrę Martę nauczycielkę oraz drugą siostrę Onacką z dziećmi i wszystkich wywieźli do Kazachstanu. Pan Wilmus i jego córka Marta z tej podróży już nigdy nie wrócili, natomiast w Kazachstanie przetrwała Onacka z dziećmi i wróciła do Polski na Ziemie Zachodnie, zginął jednak jej mąż pan Onacki. W tym samym czasie aresztowali Talecką, moją kuzynkę u której mieszkałem w Wołkowysku, za to że powiedziała oprawcom w oczy, że są złodziejami, rabusiami i oszustami. I ona też zostawiła swoje kości na stepach syberyjskich. Zaraz na początku wywózek wywieziono też Stefcię Skorobohatą wraz z kilkoma dziećmi, która była żoną osadnika wojskowego Adama Spałki. Dwie starsze córki Spałków były w tym czasie w szkole w Wołkowysku, więc zabrano je ze szkoły i również wywieziono, ale nie razem z rodzicami. Dziewczęta po pół roku cudem odnalazły rodziców, a w czasie organizowania się Armii Andersa cała rodzina wywędrowała do Teheranu i dziewczęta pracowały tam w lotnictwie RAF-u.
W Teheranie zmarła na tyfus Stefcia zostawiając dwoje dzieci na łasce losu, a właściwie w zorganizowanym tam sierocińcu, bo Adam Spałka wraz ze starszym synem Romualdem był w Polskim Wojsku. Razem z Armią Andersa brał udział w bitwie o Monte Cassino. Po wojnie Adam Spałka osiedlił się w Ameryce, zaś jego syn Romuald w Argentynie i ożenił się z Hiszpanką. Jedna z córek Spałków, Helena, wyszła za mąż za Szwajcara i mieszkała w Afryce w Rodezji. Druga córka, Marysia wyszła za mąż za Polaka i zamieszkała w Anglii. Dwaj najmłodsi synowie Adama zamieszkali również w Anglii - jeden został oficerem w marynarce wojennej, drugi zdobył wykształcenie inżyniera. Na przykładzie rodziny Spałków można zobaczyć jak wojna oderwała ludzi od swoich siedzib i rozrzuciła po całym świecie. Tak wiele ludzi wtedy zostało wysiedlonych, że nie sposób o tym pamiętać. Były to okrutne czasy. Ludzie nawzajem informowali się o aresztowaniach i kto tylko mógł wyjechać albo zmienić miejsce zamieszkania szybko korzystał z tych możliwości. Władze Sowieckie na terenach okupowanych zaczęły organizować kołchozy, zmuszać niby to dobrowolnie ludzi do wstępowania do tych kołchozów, co wielu gospodarzom, a nawet zaangażowanym aktywistom nie odpowiadało. Nieposłuszeństwo w tej sprawie groziło wywózką na Syberię. Był to dobrowolny przymus, więc co przezorniejsi starali się zająć kierownicze i nadzorcze stanowiska, byle nie być zwykłym kołchoźnikiem.
W miastach brakowało żywności, a nawet chleba. Przed piekarniami ustawiały się długie kolejki już od północy. Z zasady chleba wystarczało tylko dla połowy kolejkowiczów, a reszta wracała do domu bez chleba. Widmo głodu obejmowało stopniowo miasta i wsie. W miastach życie zamierało, ulice pustoszały, a większość sklepów była pozamykana. Po pustych ulicach przechodził czasami sowiecki "kamandir" lub zgłodniały człowiek.
Na życzenia miejscowych władz została "wybrana" delegacja "Do Wierchownoho Sowieta" (Rady Najwyższej ZSRR), żeby ziemie zagrabione od Polski przyłączyć do Sowietów, jako "Zapadniaja Białoruś" (Zachodnia Białoruś). Ta delegacja z wielką pompą pojechała do Moskwy w tej sprawie. Podobno sam Stalin przyjął tą delegację. Po odegraniu tej komedii zarządzono głosowanie na posłów do Sowieckiej Republiki Białoruskiej. Obowiązywała jedna lista, na której byli wystawieni kandydaci. Pierwszy raz w życiu widziałem taka farsę wyborczą. Głosowanie nie było obowiązkowe, ale biada temu kto by nie poszedł zagłosować, na pewno jako pierwszy był by na liście do zsyłki na Sybir. Każdy z głosujących dostał jedną kartkę z nazwiskami kandydatów na posłów, z której mógł kogoś skreślić, ale to też było nie mile widziane, bo najlepiej było wrzucać kartki bez skreśleń. W lokalu wyborczym była kabina z kotarą do "tajnych" skreśleń, każdy kto wszedł do tej kabiny był politycznie podejrzany, bo coś tam majstrował i też był odnotowany jako wróg Sowietów i był surowo przy najbliższej okazji potraktowany przez władze. Ludzie już się poznali na tym strasznym systemie władzy i omijali tę kabinę jak zaczarowaną, bo była to swego rodzaju pułapka. Ponieważ nikt do tej kabiny nie wchodził, to głosowanie wypadło bardzo pozytywnie, a lojalność wobec autorów farsy była 100%. Z poza tej listy nie można było wybrać innych ludzi, więc z naszego rejonu została wybrana jakaś kobieta, analfabetka Maria Czyżyk ze wsi Zadworze i Komandir Ponomarenko.
W taki sam sposób zorganizowali wybory na Litwie, Łotwie i Estonii, a wybrani posłowie (deputaty), "wypełniając wolę narodu", natychmiast i z pełną pompą pojechali do "wodza wszechczasów" Stalina, z prośbą o przyłączenie ich do Związku Radzieckiego. Na terenie Łotwy i Estonii, było sporo Niemców osiadłych w XII i XIII wieku. Byli to przeważnie właściciele dużych majątków ziemskich, bankierzy, przemysłowcy i kupcy, a więc elita niepożądana władzy bolszewickiej. Tych Sowieci nie aresztowali i nie wywozili na Syberię, ale na mocy traktatu z sierpnia 1939 roku, umożliwiali wyjazd do Niemiec, za pełnym odszkodowaniem. Podobnie postępowali z Niemcami, którzy byli na naszym terenie. Na tej podstawie wyjechało dużo autentycznych Niemców, ale i przy tej okazji załapało się sporo ryzykantów, którzy za wszelką cenę pragnęli opuścić sowiecki "dobrobyt”. W tej liczbie znalazł się mój kolega Jachimowicz, bo jego żona miała niemieckie nazwisko. Miejscowi Niemcy, którzy mnie znali, proponowali ,bym zabrał swoją rodzinę i razem z nimi wyjechał do Niemiec. Uznałem jednak, że będąc Polakiem, moje miejsce jest tu i zostałem. Czy wówczas dobrze zrobiłem, do dziś nie mam na to odpowiedzi?

Podziel się
oceń
0
1


wtorek, 26 września 2017

Licznik odwiedzin:  681 857  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Statystyki

Odwiedziny: 681857
Wpisy
  • liczba: 227
  • komentarze: 495
Mój blog ma już...: 3899 dni

O czym jest ten blog?

To będzie trochę nietypowy blog, bo chyba mało kto zastanawiał się nad tym, ze historia zaczyna się od Ciebie, od Twojej najbliższej rodziny- starych fotografii, zapisków a w tle Twoi rodzic...

więcej...

To będzie trochę nietypowy blog, bo chyba mało kto zastanawiał się nad tym, ze historia zaczyna się od Ciebie, od Twojej najbliższej rodziny- starych fotografii, zapisków a w tle Twoi rodzice, dziadkowie. Ktoś ich stworzył, coś przeżyli w życiu, przekazywali innym tradycje rodzinne, narodowe...Tak, to nie jest banał, Tak rodzi się historia, a my tworzymy ją nawet o tym nie wiedząc.

Blogi

 

schowaj...

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Tu warto zajrzeć...

Głosuj na mój blog!






zobacz wyniki

Genealogia, herbarz, poszukiwania przodków

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl