Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 268 188 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie
Przekaż swój 1 % podatku! darmowy hosting obrazków

Wspomnienia Jana Wileńca cz. VI.

poniedziałek, 17 czerwca 2013 23:38
Skocz do komentarzy

Jak już wspominałem, po wejściu Sowietów na nasze tereny, pojawiło się na pograniczu dużo Żydów, którzy masowo uciekali przed Niemcami w czasie wojny, a po wojnie przekraczali nielegalnie granicę okupantów, która jak widać nie była silnie strzeżona. Zima 1940/41, była trudna, bo nocami trwały aresztowania i wywózki, a poza tym Sowieci zmuszali nas do oddawania żywności, szczególnie zboża. Helenka razem z Dziunią Sokolińską chodziły do rosyjskiej szkoły w Międzyrzeczu, a Krysia chodziła do szkoły w Tałałajkach, w której uczył nasz Julek, starając się nauczyć dzieci rosyjskiego alfabetu bo tylko tyle mógł przekazać, gdyż nie znał tych wykładanych przez siebie języków, i był to czas stracony, ale innego wyjścia nie było. Ja pracowałem przy wywózce drewna z lasu. Zima była mroźna i śnieżna. Ja musiałem wywieść 42 kubiki (m3) drewna z lasu na kolej do Zelwy. Na jeden kurs mogłem, zabrać około 1 m3 kłód, co w konsekwencji stanowiło około 50 dniówek.
W zwózce kłód nikt mi nie pomagał, wszystko musiałem robić sam. Ponieważ byłem dość silny i znałem się na tej pracy, więc jakoś sobie sam radziłem z załadunkiem kłód na sanie, bo rozładunek był zawsze łatwiejszy. Do lasu wyjeżdżałem rano o ciemku i z lasu wracałem też o ciemku.
(…) Sytuacja nasza była beznadziejna, na odzyskanie wolności nie mogliśmy liczyć, to było nierealne, więc trzeba było pogodzić się z tym co dzień dzisiejszy i jutrzejszy przyniesie. Codziennie dowiadywaliśmy się o aresztowaniach i wywózkach znajomych. Dzień był podobny do dnia, rano do zwózki i tak w koło Macieju. Dzięki Bogu, że siły i zdrowie jakoś dopisywało, choć wszystkie wiadomości były deprymujące.
Pod koniec zimy nasza jednostka pancerna przeniosła się bardziej na zachód, a na jej miejsce zakwaterowała się inna. Oficerowie z rodzinami opuścili nasz dom, ale niebawem pojawiło się kilku innych. Pamiętam, że w naszej sypialni "zakwaterował się" jakiś porucznik z żoną, który z zawodu był agronomem i na czas wojny został zmobilizowany do wojska. Oznaczało to, że ZSRR jest w stanie wojny, bo ogłosiło mobilizację, tylko z kim tego nie mówiono. U góry mieszkał inny porucznik, który był na wojnie z Finlandią, nazywał się Szczerbakow. To był bardzo dobry człowiek, chętnie rozmawiał ze mną o swoich problemach życiowych. Mówił, że ma matkę staruszkę mocno wierzącą, która jak jechał na wojnę założyła mu krzyżyk na szyję mówiąc: "Pamiętaj synku o Bogu i nigdy nie zdejmuj tego krzyżyka, bo on cię uchroni od śmierci". Ja jej powiedziałem, że mnie nie wolno nosić krzyżyka na szyi, bo będę ukarany, a na to matka powiedziała: To ja ci ten krzyżyk zaszyję do kołnierza munduru, nikt o tym nie będzie wiedział, a pan Bóg cię ochroni od złego". Tak też zrobiła, a ja chodzę z tym krzyżykiem zawsze i wszędzie. Byłem na wojnie i być może dlatego wróciłem zdrów i cały z tego piekła. Wokół mnie koledzy padali jak muchy, ja nie miałem się gdzie ukryć od kul, ale żadna nawet mnie nie drasnęła. Dlatego będę nosić ten krzyżyk stale przy sobie. Może to ten krzyżyk i żarliwa modlitwa mojej matki uchroniły mnie od śmierci. U nas ludzie chowają krzyże i ikony w kufrach i modlą się po cichu, bo obawiają się prześladowania. Ale są też tacy, którzy się nie lękają prześladowania, tylko ich jest bardzo mało i żyją przeważnie na wsiach. Rozmawiał ze mną jak byliśmy sami, bez świadków. Opowiadał jak dzielnie bronili się Finowie. "Atakowaliśmy na terenach ośnieżonych - mówił- i byliśmy widoczni, a oni byli ubrani na biało, byli niewidoczni, nawet karabiny mieli białe, więc padali nasi żołnierze jak muchy. Często siedzieli ukryci na drzewach i znienacka otwierali ogień z karabinów maszynowych do naszych, a kiedy podchodziliśmy do nich, to ktoś zeskakiwał z drzewa i na nartach znikał w śnieżnej bieli. Zamaskowani Finowie doskonale nas widzieli, podpuszczali na bliską odległość i potem strzelali do nas jak do kaczek. Robili nawet takie pułapki, że idąc, znajdujesz piękne wieczne pióro, albo jakiś inny przedmiot niby to zgubiony, wystarczyło go podnieść, a on wybuchał raniąc znalazcę i znajdujących się niedaleko .Robili różnego rodzaju sztuczki, jak porzucony gdzieś rower, który uruchomiony wybuchał, albo puste mieszkanie, elegancko umeblowane, drzwi pootwierane, nawet w kominku palił się ogień, wystarczyło, że w mieszkaniu znajdowało się kilka osób i mina wybuchała. W taki banalny sposób armia sowiecka straciła dużo ludzi, którzy zostali zabici, albo ciężko lub lekko ranni". Szczerbakow dużo opowiadał mi o sobie i swojej rodzinie, za którą bardzo tęsknił i nie wiedział kiedy będzie mógł wrócić do domu.
Mieszkał u nas wyższy rangą Komandir, który postanowił sprowadzić z Moskwy swoją żonę, więc pewnego razu poprosił mnie, żebym pojechał z nim na stację do Zelwy. Tak jeździłem z nim dwa razy, a żony nie było. Dopiero za trzecim razem przyjechała. Oficer zrobił jej awanturę, bo trzy razy musiał przyjeżdżać po nią na stację. Ona mu wyjaśniła przyczynę opóźnienia, mianowicie do Moskwy przywieźli kartofle i rozpoczęli sprzedawać, więc ustawiła się dwa razy w kolejkę i udało się jej kupić dwie walizy kartofli, które przywiozła ze sobą, żeby tu było co jeść. On ją zbeształ: "Ty głupia babo, tyle czasu straciłaś w kolejkach i wiozłaś tutaj, gdzie jest więcej jajek niż twoich kartofli. Jak ciebie zobaczą z tymi kartoflami to cię wyśmieją i przy okazji ja oberwę". Siarczyście zaklął po rusku, chwycił obie walizki i cała zawartość wysypał za płot. Wsiedliśmy do wozu i razem pojechaliśmy do Żabek.
Zima się skończyła, nastała ciepła i słoneczna wiosna 1941 roku. Z trudem wykonałem wyznaczoną normę wywózki drewna z lasu, a tu następne zadanie. Dostałem przydział nazbierania i zwiezienia kamieni na budowę lotniska na polach koło wsi Horna.
Na krótko przed wojną 1939 r. władze Polskie projektowały tam zlokalizować lotnisko wojskowe. Były już przeprowadzone odpowiednie badania i pomiary geodezyjne oraz wykup ziemi od chłopów. Wszystko przepadło ze względu na wojnę. Nie wiem czy sowieci znaleźli polskie plany, czy sami wpadli na ten pomysł. Zabrali się do tego zadania ostro. Każdy gospodarz który miał konie, dostał nakaz zwiezienia określonej ilości kamieni. Kontyngent zależał od ilości posiadanych koni. Każdy woźnica miał swojego "anioła stróża", który go nadzorował. Nade mną stał taki smarkacz chyba z Komsomułu, który codziennie z rana przychodził do mnie aż z Karolina, zachowywał się po chamsku i ordynarnymi wyzwiskami polecał mi natychmiast wyjeżdżać do pracy. Pewnego razu jak ten młokos tak się popisywał, wyszła z domu jedna z żon naszych komandirów i zwróciła mu uwagę, że jeśli nie przestanie lżyć choziaina (gospodarza), to wniesie skargę na niego do partii .Ale to i tak nic nie pomogło. Kamienie znikały z naszych pól w sposób magiczny. Jeszcze za czasów naszych dziadów składano uzbierane kamienie na stosy, tak zwane "krusznie", których na naszych polach było sporo, a teraz w tajemniczy sposób znikały. Okazało się że chłopi zza rzeki Zelwianki, przyjeżdżali raniutko i wykradali te kamienie, ponieważ od nich trzeba było daleko wieźć. Przez to lotnisko zupełnie ogołocili okoliczne pola z kamieni, więc trzeba było szukać kamieni w lesie, bo kontyngent trzeba było wykonać pod rygorem kary, a może nawet wywózki na Syberię.
Kamienie na budowie przyjmowały młode Żydówki, które oszukiwały w wymiarach kamieni i kubaturze, bo na dobrą sprawę nie potrafiły dobrze liczyć. Ja nie dawałem się oszukać, ponieważ co jak co, ale kubaturę to potrafiłem sobie wyliczyć i to jeszcze na swoją korzyść. Najkorzystniej było wozić drobne kamienie, bo dawały dużą objętość i mniej ważyły. Rękami było zbierać marudnie, dlatego ludzie nie brali małych kamieni, ja zaś miałem gable do kartofli i bez problemu sypałem je na wóz. Szło mi to dość sprawnie, a ponieważ "krusznie" z małymi kamieniami leżały blisko budowy, więc mogłem w ciągu dnia obrócić dwa, a nawet trzy razy i nie męczyłem siebie i konia. Codziennie zwożono olbrzymie ilości kamieni. Niedaleko przyszłego lotniska pobudowano duże baraki, a teren obozowiska ogrodzono wysokim, szczelnym płotem z desek, a na narożnikach ustawiono wieżyczki dla nadzoru z NKWD. Był to obóz dla więźniów politycznych, którzy "dobrowolnie" pracowali przy budowie lotniska. Codziennie byli doprowadzani czwórkami do pracy, w asyście dozorców uzbrojonych po zęby i specjalnie szkolonych psów. Wyglądem ci ludzi przypominali żywe trupy, byli wycieńczeni, zagłodzeni i jak szli to powłóczyli nogami. Byli ubrani w szare łachmany, a na nogach zamiast butów, stopy mieli owinięte szmatami. Ludzie ci idąc słaniali się z wycieńczenia i byli popędzani przez NKWD-zistów kolbami i wyzwiskami, albo szczuci spasionymi wilczurami. Robota wprost kipiała. Furmani z dalszych miejscowości nocowali na miejscu, by rano skoro świt wyruszyć na poszukiwanie kamieni po okolicznych polach i lasach. Więźniowie ciężko pracowali przy tłuczeniu głazów, pracach ziemnych i wylewaniu betonu na pasach startowych. Więźniowie nawet podczas pracy byli pilnie strzeżeni, nie wolno było do nich podchodzić, ja próbowałem komuś podać kawałek chleba, który zawsze nosiłem przy sobie. Wiosna była już na całego, trzeba było rozpocząć prace polowe, a tu te cholerne kamienie musiałem zwozić. Mimo przemęczenia, prace w polu robiłem w nocy, albo wczesnym rankiem, bo trzeba było wykorzystać pogodę, aby dotrzymać terminów siewu i sadzenia ziemniaków.
Na dworcach kolejowych znowu pojawiły się okratowane wagony towarowe, to był zły symptom. Szosy były przepełnione transportami wojskowymi, ruch był tak ogromny, że aby przejechać na drugą stronę, należało czasami poczekać nawet pół godziny i więcej. Praca na lotnisku trwała bez przerwy cała dobę, bez świąt. Obóz się rozrastał i ciągle sprowadzano nowych więźniów. Czuło się jakiś niepokój w powietrzu, że coś nadchodzi.
Mój kolega Soroka mieszkał w Wołkowysku, więc Tosia jak była w mieście to zachodziła do nich i dowiedziała się od niego, że Niemcy organizują na terenie okupowanej Polski wielkie manewry i ruchy wojsk. Konspiracyjne radio podawało, że Niemcy szykują się do ataku na Sowietów. Stosunki sowiecko- -niemieckie nadal były jak najlepsze. Handel oficjalny i nieoficjalny rozwijał się wspaniale, a ludzie i szpiedzy dość swobodnie przekraczali granicę okupantów. Jakoś na początku czerwca był u nas jakiś pan, którego nazwiska nie pamiętam, opowiadał, że w teatrze w Warszawie grali taką farsę "Adolku graj dalej". Treść była taka, że Adolek grał w karty i bardzo wygrywał, ale potem szczęście mu nie sprzyjało i przegrywał, przegrywał, aż musiał sprzedać ostatnie spodnie. Niemcy podobno bardzo się ubawili na tym spektaklu ale jak zrozumieli, że ów Adolek to Hitler, zabronili wystawiać tę sztukę, a reżysera i paru innych aktorów osadzili w obozie koncentracyjnym. Tenże pan potwierdził, że na terenie Polski, Niemcy gromadzą bardzo dużo wojska i sprzętu bojowego, co wcale nie wygląda na manewry.
W sobotę 21 czerwca1941 roku, lejtnant Szczerbakow zaprosił mnie do swego pokoiku u góry na wódkę. Byli tam jeszcze inni oficerowie sowieccy. Ponieważ nosiłem bujny zarost, brodę i wąsy, nazywali mnie "diadia "(wujek). Rozmawialiśmy na różne tematy, jak to przy wódce o polityce i d...Maryni, ale jeden z nich powiedział, że władze planują wywózki od Rosji, bo na stacjach pojawiło się dużo wagonów z okratowanymi oknami. To już od dawna było wiadomo, że po takich przygotowaniach, zwykle następowały aresztowania i wywózka. Jeden z oficerów powiedział, że jak u nich w Rosji organizowali kołchozy, to opornych chłopów tak samo wywozili na "białe niedźwiedzie". Ostrzegawczo, zwrócił się do mnie tymi słowy: "A ty diadia nie prynadleżysz do kołchoza tak tebia i mogut wywiesti na biełyje miedwiedi" (A ty wujku nie należysz do kołchozu to ciebie mogą także wywieźć na białe niedźwiedzie). Ta wiadomość nie bardzo mnie ucieszyła, ponieważ ja już wcześniej wiedziałem o tych wagonach. Jakoś intuicyjnie przeczuwałem, że na pewno mnie też ten los spotka. Z uczuciem przygnębienia poszedłem spać. Długo nie mogłem zasnąć. Obudziłem się wcześnie rano, pogoda zapowiadała się piękna, więc po srebrzystej rosie poszedłem sobie na wzgórek, usiadłem na kamieniu i bezmyślnie patrzyłem w dal. Po chwili podeszli do mnie kołchoźnicy, którym przydzielono moje pole, (bez mojej zgody) i powiedzieli żebym w poniedziałek skosił swoją koniczynę, bo oni mają polecenie zebrać drugi pokos dla kołchozu na nasiona i dlatego ja mam wcześniej zebrać swój pokos.
Oficer, który mieszkał z żoną w naszej sypialni, raniutko powiedział do Tosi, że wybiera się z żoną do Zelwy do fotografa i prosił Tosię, że jak przyjdzie żołnierz, to ma mu powiedzieć, że oni poszli do miasta. Ledwie powiedział te słowa, a tu widzimy jak biegnie w naszym kierunku żołnierz z karabinem w ręku i zdyszany wpadł do domu. Lejtnant widząc biegnącego żołnierza skrył się z żoną za drzwi. Kurier zapytał się o lejtnanta, a Tosia powiedziała mu, że ich nie ma, bo poszli do miasta. Kurier był zatroskany tą wiadomością, coś pomruczał pod nosem, zawrócił się i pobiegł do Mesztowicz. Lejtnant z żoną przeskoczyli przez płot i na przełaj pobiegli w stronę Zelwy.
Ja z pagórka obserwowałem naszych bohaterów, a potem powiedziałem kołchoźnikom, że koniczyna jeszcze nie zakwitła, więc trzeba jeszcze poczekać, bo będzie mało z niej trawy. Coś tam jeszcze mówiłem kołchoźnikom, aż tu nagle od strony Wołkowyska lecą trzy klucze samolotów, za nimi następne i następne. Warkot i szum silników zagłuszył naszą rozmowę. Moi kołchoźnicy mówią "O !!,nasi lecą na manewry". Mówię do nich, coś mi te samoloty nie podobają się, to nie są sowieckie maszyny, bo są za długie i za dużo ich na raz. "A co Ty myślisz - mówi któryś - my mamy dużo samolotów i różnych typów. To na pewno są nasze". Ale jak usłyszeli wybuchy bomb i ujrzeli dymy pożarów, to zmienili zdanie o samolotach i koniczynie. Za chwilę nasza jednostka w popłochu opuściła Mesztowicze i biegiem udała się do pobliskiego lasu koło Dziergiel. W takiej scenerii w Żabkach, rozpoczął się następny rozdział dramatu, czyli wojna niemiecko - sowiecka.

( wspomnienia spisał p. Marcin Barnowski z Regiopedii Pomorskiej).

Podziel się
oceń
0
0


wtorek, 26 września 2017

Licznik odwiedzin:  681 861  

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Statystyki

Odwiedziny: 681861
Wpisy
  • liczba: 227
  • komentarze: 495
Mój blog ma już...: 3899 dni

O czym jest ten blog?

To będzie trochę nietypowy blog, bo chyba mało kto zastanawiał się nad tym, ze historia zaczyna się od Ciebie, od Twojej najbliższej rodziny- starych fotografii, zapisków a w tle Twoi rodzic...

więcej...

To będzie trochę nietypowy blog, bo chyba mało kto zastanawiał się nad tym, ze historia zaczyna się od Ciebie, od Twojej najbliższej rodziny- starych fotografii, zapisków a w tle Twoi rodzice, dziadkowie. Ktoś ich stworzył, coś przeżyli w życiu, przekazywali innym tradycje rodzinne, narodowe...Tak, to nie jest banał, Tak rodzi się historia, a my tworzymy ją nawet o tym nie wiedząc.

Blogi

 

schowaj...

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Tu warto zajrzeć...

Głosuj na mój blog!






zobacz wyniki

Genealogia, herbarz, poszukiwania przodków

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl